dla wytrwałych

027. update

Minęło 10 lat, a widzę, że czasami ktoś tu jeszcze zagląda. Bardzo miło mi się czytało te komentarze. Niestety, Surowicy nigdy nie dokończył...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą » Typ: Jednoczęściowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą » Typ: Jednoczęściowe. Pokaż wszystkie posty

20 lutego 2013

023. Róża, róże i biały królik

Dziękuję za głosy w ankiecie, niewątpliwie wezmę je pod uwagę. Tymczasem zapraszam Was na opowiadanie, które trzymam "w zanadrzu" od właściwie dwóch lat. Miłej lektury.


Róża, róże i biały królik


Rojza nie chciała jej wierzyć, ale Hania wiedziała, co widziała, a była to rzecz niezwykła. Działo się to w listopadzie 1942 w getcie warszawskim.
Brat Hani, Antek, uparcie twierdził, że jest szalona, niepoważna, że powinna skończyć z bajkami i wreszcie dorosnąć, lecz każdy przejaw braku wiary ranił dziewczynkę jeszcze mocniej, o czym Antek nie miał pojęcia. Był kochającym bratem i chciał dla niej jak najlepiej, pragnął za wszelką cenę uratować siostrzyczkę z tego piekła. Nie tylko dlatego, że o to poprosiła go matka przed śmiercią. Chciał, by chociaż ona stała się wolna i szczęśliwa.

16 stycznia 2013

021. Bez końca I. Koślawy

Domyślam się nieskromnie, że wolelibyście zobaczyć tu kolejny rozdział "Surowicy", ale z przyczyn mnogich i zbyt nieokreślonych, by się nimi dzielić ze światem, na razie jej nie ma (co zresztą widzicie bez potrzeby czytania tego wstępu). Osobiście najchętniej podzieliłabym się z Wami wszystkim, co mam aktualnie naskrobane, jednak nie jest to dobry pomysł.
Piszę w żółwim tempie, chociaż, co jest naprawdę sporym sukcesem, udało mi się ostatnio wypocić ze dwie strony. Nie jest tak, że Emilka i Iwan w jakikolwiek sposób mi się znudzili czy, niedajboże, umarli w mojej głowie, nie musicie się martwić. Mam po prostu zbyt zajętą sprawami przyziemnymi i podniebnymi głowę, by móc cokolwiek sensownego tworzyć, a w każdym razie tworzyć cokolwiek z ciągiem przyczynowo-skutkowym, a niestety ta historia tego wymaga do zachowania jako-takiej jakości.
Sprawą przyziemną jest oczywiście matura i próba zachowania życia towarzyskiego, a podniebną - dziwne nastroje, które mnie ostatnimi czasy nawiedzają, zwykle niespecjalnie pozytywne. Nie mogą się kisić, bo zaczynają we mnie śmierdzieć i fermentować w alkohol, a to nie wpływa pozytywnie na moją koordynację myślową i sprawność psychiczną. 
Dlatego rozpoczynam serię miniaturek "Bez końca". Skąd nazwa serii? Bo, po pierwsze, jedynym wspólnym mianownikiem będzie to, że historie pozostawię z otwartym zakończeniem. Cała reszta to kwestia moich randomalnych upodobań (randomowych?). Zarówno w kwestii klimatu, miejsca, czasu, bohaterów... Wolna amerykanka. Będą krótkie, spontaniczne i nie zamierzam skupiać się na ich wielokrotnym poprawianiem, bo już z góry wątpię w ich wartość artystyczną. Ot, takie odmęty mojego umysłu.

26 maja 2012

010. URSZULKA [M]

Dzień doberek.
Prawdopodobnie nikt się tego nie spodziewa, ale przybywam z całkiem niedawno napisaną miniaturką. Niedawno - bo gdzieś w okolicach Walentynek... Napisałam ją na konkurs na forum prawie-literackim, a temat brzmiał: Miłość niejedno ma imię. Co prawda, niewiele osób wyłapało, co chciałam tą historią przekazać... Ale jakby to powiedział Michał Wołodyjowski - nic to! Zapraszam Was na krótką opowieść o Urszulce, Franciszku i Karolu z rosyjskim zaborem jako tłem. Dobranoc i kolejny rozdział Surowicy obiecuję wstawić w przeciągu dwóch tygodni.


Urszulka

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.” 
1 Kor 13, 1-13

Zabór rosyjski, grudzień 1862 r.

Mroźny wiatr zawiewał ślady, które pozostawiał za sobą kasztanowy koń pędzący późnym wieczorem wśród śnieżycy i zawiei. Postawny, o lśniącej, rudawej sierści, rozwianej grzywie i błyszczących oczach dmuchał z rozszerzonych nozdrzy parą tak gęstą, że w połączeniu ze śniegiem sprawiała, iż jeździec był niemalże niedostrzegalny. Mężczyzna bał się, że zgubi drogę, że zapomniał ją przez tak długi czas, że nie trafi już tam, gdzie chciał, lecz nic bardziej nie przerażało go niż myśl, że mógłby na miejscu zastać zupełnie inny świat… Świat, który już nie należy do niego. Wspominał z mocniej bijącym sercem wesołe chwile spędzone przed laty, a wiatr świszczący w uszach mieszał się z przywoływanymi piskami i śmiechami, rozmowami przy strzelającym kominku, mazurkami wygrywanymi na fortepianie przez przyjaciółkę.
Drzewa przemykały po lewej i prawej stronie, z pniami grubymi i od północy oprószonymi śniegiem. Nie patrzył na nie, spoglądał tylko pod nogi konia, by co kilkadziesiąt sekund podnieść na chwilę głowę i naprowadzić jedynego towarzysza na prawidłową drogę. Mężczyzna oddychał płytko i z niemałym trudem. Silny wiatr zapierał dech w piersiach, a przez ogarniający do szpiku kości mróz napinał wszystkie mięśnie, które bolały go od zimna. Drzewa zaczynały się zagęszczać, tworząc coraz grubszą powłokę przed promieniami księżyca — jedynego źródła światła w okolicy. Tylko dzięki otaczającemu wszystko wokół śniegowi mógł jeszcze dostrzec, czy jadą drogą czy zboczyli z trasy, chociaż rozpoznanie przychodziło mu z coraz większym trudem.
Droga zawężała się, aż stała się jedynie ścieżką z wyżłobionymi w śniegu od sań i kół dwoma pasami. Tylko to było dowodem, że zmierza w stronę cywilizacji, ponieważ w takiej ciemności i pustce byłby w stanie zwątpić nawet we własną umiejętność orientacji. Za kolejnym zakrętem drzewa rozrzedziły się, aż wyjechał z gęstego lasu i ujrzał w oddali światło. Pochodziło z okien przydrożnych chałup wiejskich, lecz jego wzrok powędrował dalej, aż na koniec ścieżki, do domu, za którym tak tęsknił.

Franciszek w takie wieczory najbardziej lubił siadać przy biurku z filiżanką mocnej herbaty i czytać. Lekturą raz mogła okazać się powieść, innym razem listy, a jeszcze kiedy indziej pisma urzędowe, których w głębi duszy nie znosił, lecz twardo nie dawał tego po sobie poznać. Nie uznawał marudzenia. Sądził, że swoje żale i niechęci należy zachować dla siebie. Nikt nie musi wiedzieć, jak bardzo nuży go odpisywanie konsulom, posłom i poborcom.
Chociaż kochał swoją żonę, nigdy nie powierzyłby jej swojego serca. Pomimo ogromu dobroci, cierpliwości i wesołości miała w sobie coś nieznośnie przenikliwego, rodzaj intuicji, w którą w każdym innym przypadku powątpiewał, lecz jeśli chodziło o Urszulę, nie pozostawało mu nic innego, jak uznać jej wyższość nad jego rozumem. Kobieta, z którą spędzał życie, szybko domyślała się, gdy coś go gnębiło i równie szybko potrafiła wykoncypować, co dokładnie. Dlatego unikał jej, gdy był w złym humorze, i nie patrzył w oczy, gdy się złościł. Co, oczywiście, po części go zdradzało.
Miała także w sobie równie silne poczucie wiary w ludzkie dobro i uprzejme zbiegi okoliczności. Musiał często bronić ją przed światem, który rozdarłby miłosierne serce na strzępki, jakby nie trzymał Urszulki w swojej złotej klatce, oddalając od ewentualnych kłamców, kryminalistów i oszustów. Było to ciężkie zadanie, lecz warte trudu, gdyż niczego w swoim życiu nie przeżywał tak mocno, jak jej cierpienia. Pozostawał dla niej więc czymś w rodzaju ojca, a przynajmniej dobrotliwego opiekuna, jednak rzadko dawał jej okazję do uświadomienia sobie tego.
Nie wiedział nawet, czy ją kocha. Gdy nad tym się zastanawiał, dochodził do wniosku, że zwyczajnie nie potrafi kochać w ten absurdalny, abstrakcyjny sposób. Umiał jedynie dążyć do jej dobra, wspierać w trudnych chwilach i w bardzo zwykły, przyziemny sposób pożądać. Jeśli to nazwać miłością — to kochał, ale uznawał, że jest chyba zbyt chłodny, by móc rozżarzyć w sobie coś tak gwałtownego.
Tego wieczoru siedział przy herbacie, a jedynym dźwiękiem, jaki dochodził do jego uszu, było monotonne skrobanie pióra po papierze i świszczenie wiatru na zewnątrz. Nagle usłyszał cichą, dobrze mu znaną muzykę. Zirytowany, ustał liczenia, wstał od biurka i wyszedł z gabinetu. Stanął w drzwiach u progu pokoju żony, spoglądając na nią z dezaprobatą.
— Ulu, prosiłem — rzekł krótko, ale ona tylko zerknęła na niego zalotnie i dalej grała. Z każdą sekundą melodia stawała się nieco żywsza, a kobieta uderzała w klawisze mocniej i gwałtowniej, jakby chcąc wyzbyć się nieśmiałości. — Przestań. Proszę.
— Ale cóż ja robię złego? — zapytała, nie podnosząc wzroku znad klawiatury pianina.
— Wiesz przecież. Ktoś usłyszy, doniesie i będziemy mieli kłopoty.
— Kto usłyszy? Kto doniesie? Wszak mieszkamy na wsi. Tutaj nikt nie rozpozna Chopina.
— A nuż ktoś obcy się będzie kręcił. Skończ. Żądam, abyś przestała.
Zasmuciła się i melodia ucichła. Urszulka spojrzała na swojego męża z wyrzutem, który wbił drobną szpilkę w jego z pozoru tylko twarde serce, i wstała od pianina. Podeszła do okna, odwracając się do Franciszka plecami.
— Nie chcę, byśmy wpadli w kłopoty — odezwał się. — Wiesz, że nie wolno. Wiesz, że chodzą i przeszukują domy, a potem aresztują za polskie książki.
— Książki… dobrze, ale muzyka? Przecież nie trzymam nut, gram z pamięci…
— Ale ktoś usłyszy, doniesie i będą przeszukiwać dom.
Wciąż patrzyła przez okno z założonymi rękami, nie odpowiadając. Franciszek westchnął głęboko i wyszedł z pokoju, kierując kroki w stronę swojego gabinetu. Ledwie zasiadł do liczenia, a znów usłyszał tego samego mazurka. Odłożywszy pióro z narastającą wściekłością, chciał ponownie zajść do komnaty małżonki, gdy usłyszał tętent kopyt i końskie rżenie. Podszedł do okna i ujrzał ledwo widoczną przez gęsty śnieg, samotną postać na pędzącym koniu. Wybiegł z gabinetu, wtargnął do pokoju Urszuli, by kazać jej przestać, ale ujrzał, że już nie gra, tylko spogląda przez szybę na zewnątrz.
— To Karol! Przyjechał! Przyjechał! — Franciszek także podszedł do okna i zobaczył, że koń zatrzymał się na ich podwórku, a jeździec zeskoczył na ziemię.
— Po koniu poznaję! — piszczała Urszula. — To Karol!
— A cóż w tym koniu takiego charakterystycznego? — zapytał ją mąż, lecz po chwili i on ujrzał, że to musi być jej przyjaciel z dzieciństwa. — Zejdę i go powitam. Chodź.
— Nie, ja tu poczekam, zobacz, jak wyglądam, muszę coś zrobić z włosami…
— A czy on kandydatem na męża, że się musisz stroić?
— Ach, Franciszku mój! — pisnęła i ucałowała go w obydwa policzki z radością. — Jakby był kandydatem na męża, to bym nie wyszła za ciebie!
To było oczywistością, więc nie dyskutując więcej, zszedł na dół. Po kilku chwilach Urszula usłyszała stukanie do drzwi, skrzypienie zawiasów i jakieś rozmowy. Przez ten czas zdążyła poprawić włosy i zmienić suknię. Chwilę potem ktoś zapukał, a gdy krzyknęła „Proszę”, ujrzała twarz tak dobrze znaną i tak wytęsknioną.
Stał u progu z całą pewnością ten sam człowiek, którego widziała ostatnio pięć lat wcześniej na swoim ślubie, z tą różnicą, że był wtedy jeszcze właściwie chłopcem, nieco weselszym i zdecydowanie nie ośnieżonym. Patrzył na nią niepewnie, oddychając ciężko, jakby dotarł na miejsce o własnych nogach, a nie na koniu, aż w końcu uśmiechnął się.
— Witaj, Urszulko — rzekł z rozczuleniem. Kobieta podeszła do niego szybko i nim się spostrzegła, ściskał ją w pasie, śmiał się i obracał dokoła. — Witaj, kochana!
Piszczała i także się śmiała. Prosiła, by przestał, chociaż nie chciała, aż postawił ją na ziemi i spojrzał w oczy z radością.
— Wieczność! Na Boga, wieczność! Albo i dłużej!
— Aleś niespodziankę mi sprawił! Karolu! Karolu! — cieszyła się. Po tych słowach puścił ją i zmierzył spojrzeniem od stóp do głów.
— Wyglądasz zupełnie jak żona, jakaś taka poważna i ułożona. Boże, może ja jednak zawrócę.
Roześmiała się i pokiwała na niego palcem ostrzegawczo.

— Po moim wyjeździe pięć lat temu — opowiadał, jedząc łapczywie nadziewanego indyka z ziemniakami — dostałem się do milicji, do izby kontroli granicznej. Napatrzyłem się tam na tyle okrucieństw, co niejeden widział przez całe życie. Łotry i szubrawcy. — Kręcił głową, jedząc przez chwilę w milczeniu i zamyśleniu.
— A potem? Dlaczego nie pisałeś? — zapytała Urszula.
— To dłuższa historia — odrzekł. — Opowiem ci ją innym razem. Właściwie przyjechałem tylko na jeden dzień. Chciałem cię zobaczyć. Jutro wieczorem już mnie nie będzie.
— Jakże to tak? — Ula wyglądała na zawiedzioną. — Karolu!
— Możesz zostać tak długo, jak zechcesz — oświadczył Franciszek neutralnym tonem.
— Nie chcę was kłopotać swoją osobą. Ale dziękuję za zaproszenie.
— Żaden kłopot. Uli będzie weselej na święta. Mamy tyle pustych pokoi, aż żal patrzeć.
— Nie to miałem na myśli, mówiąc o kłopotach — odrzekł cicho Karol. — Nie jestem… bezpiecznym gościem. Mam na myśli, że możecie mieć problemy za to, że mnie nocujecie.
Franciszek zmarszczył brwi.
— Spiskujesz?
— Nie wiem, czy to odpowiednie słowo. Tak czy inaczej, nie chcę was narażać.
Zapadła chwila milczenia, podczas której obydwaj panowie wzięli się za jedzenie, natomiast Urszula wydawała się co najmniej zainteresowana, w przeciwieństwie do swojego męża.
— Wszakże to w niczym nie przeszkadza! Nie możesz zostać sam na święta. Jest zima, nie wybaczyłabym sobie, wypuszczając cię w świat w taką zawieję, wiedząc, że nie masz się gdzie podziać.
Karol uśmiechnął się i już chciał podziękować, gdy odezwał się Franciszek:
— I co, szykujecie powstanie, tak?
— Widzę, że nie jest pan entuzjastą takich rozwiązań.
— Nie, nie jestem. Jedno już widziałem i wiem jedynie, że tylko wyjątkowo głupi lub naiwny naród porywałby się na to drugi raz.
— Albo odważny — dodał Karol.
— Odważny? Co to za odwaga — umrzeć, dać się zgnieść wrogowi? Ale jak nazwiesz narażanie życia setek tysięcy niewinnych ludzi, jak nazwiesz tych, przez których tyle dzieci straci rodziców, tyle kobiet owdowieje, zginie tylu braci i synów?
— Nie wiem jak pan, ale ja nazywam ich zaborcami…
Franciszek zignorował elokwentną odpowiedź.
— Ja bezmyślną, egoistyczną bandą idiotów. To nie miejsce i nie czas na powstania narodowe. Wy zginiecie, a zaborcy będą represjonować żywych, niewinnych. Zsyłać na Sybir, skazywać na katorżnicze prace. A wy będziecie się grzecznie wygrzewać w waszym tak wyniośle opiewanym Niebie, gdzie trafią walczący za ojczyznę głupcy.
Po jego wypowiedzi zapadła cisza, chociaż Franciszkowi zdawało się, że słyszy głośne bicie serca swojej żony. Odchrząknął i rzekł spokojniejszym tonem:
— Jeśli macie litość dla tego narodu, bądźcie odważni i żyjcie. Kiedyś przyjdzie moment, gdy zaborca osłabnie, a wtedy złamiemy jego potęgę. Ale do tego czasu ktoś musi płodzić dzieci. Najadłaś się już, kochana? — Urszulka zamrugała i spojrzała na męża niezbyt przytomnie.
— Tak — powiedziała, odkładając sztućce.
— Ja już się chyba położę. Żeby była jasność — zwrócił się do Karola — nalegam, byś tutaj został chociaż kilka dni. Przynajmniej do świąt. Dobranoc.
Urszula też wstała i pożegnawszy się, poszła za swoim mężem, by ułożyć się do snu.

Następnego dnia Karola obudziły czerwone promienie wschodzącego słońca. Chociaż spał krótko i płytko, nie mógł dłużej leżeć, drażniony przez igiełki wątpliwości. Stanął więc w oknie i spoglądał, jak na zewnątrz robiło się coraz jaśniej, gdy usłyszał cichą melodię.
Uśmiechnąwszy się, skierował kroki w stronę komnaty Urszuli, skąd dobiegały dźwięki pianina. Stał przez chwile u progu, patrząc, jak gra w zamyśleniu.
— Nigdy nie słyszałem piękniejszego wykonania tego utworu niż twoje — przyznał, podchodząc do przyjaciółki. Odwróciła gwałtownie głowę, przerywając na chwilę melodię, lecz gdy ujrzała, kto się zbliża, kontynuowała ją.
— Nie zmrużyłam dziś oka. Czekałam na pierwszą przyzwoitą porę, by zagrać, ale nie sądziłam, że cię obudzę.
— Nie obudziłaś mnie, nie spałem od kilku chwil.
Pokiwała głową, delikatnie wygrywając ukochaną melodię w milczeniu.
— Przepraszam za męża. Często jest opryskliwy względem takich rewolucyjnych pomysłów, ale to nie oznacza, że nie chciałby dobra dla narodu.
— Wiem, wiem też, że ma dużo racji. Sam nie wiem, czy to dobre wyjście. Ale… skąd wiadomo, czy to nie jest właśnie ten moment? Który będzie lepszy, jeśli nie ten, kiedy Rosja słabnie?
— Nie wiem. — Wodziła delikatnie palcami po klawiszach, wygrywając kolejne takty w milczeniu. Karol westchnął głęboko i przysunął sobie krzesło tuż przy pianino, po czym usiadł, by słuchać. Urszula rzucała mu co chwilę krótkie spojrzenia, raz wesołe, innym razem nieco zamyślone, a kiedy indziej trochę figlarne — wszystko było tak, jak kiedyś, gdy siadywali w tym samym miejscu, mając po naście lat i jedząc kradzione z kuchni ciastka poprzedniej gosposi.
— Tęsknię za tobą nawet wtedy, gdy jesteś obok — wyznał. — Bo wiem, że te chwile nie będą trwały wiecznie. Że zaraz dobiegną końca i zostanie mi po tobie tylko wspomnienie.
— Nie myśl tak. Ciesz się z tego, co masz.
— Jaki on jest? Dobrze cię traktuje?
Urszula uśmiechnęła się, kończąc utwór.
— Jest wspaniały — przyznała. — Chociaż bywa oziębły. I taki… taki… Wszystko bierze na poważnie. Nie powygłupiam się z nim jak z tobą. Ale przecież nie od tego jest mąż, prawda?
— A od czego jest według ciebie mąż, jeśli nie od dzielenia radości?
— Mąż jest od… — Zawiesiła na chwilę głos, wodząc palcami po klawiszach i zaczynając kolejny utwór. — Mąż jest od… od rozmawiania, zarabiania i dawania dzieci.
Karol zachmurzył się.
— Cóż za idiotyczna myśl — prychnął. — Brzmisz jak jakaś prostaczka bez wyobraźni.
— Nie zawsze wszystko jest takie, jak sobie wymarzymy, Karolu — odparła, nie zrażając się jego oburzeniem. — Wręcz przeciwnie, nasze wyobrażenia zazwyczaj bardzo rozmijają się z rzeczywistością. Moment, w którym to sobie uświadomisz, może być bardzo trudny…
Karol zmarszczył brwi, szukając na twarzy przyjaciółki jakichkolwiek oznak nieszczęśliwości, krzywdy lub żalu, lecz nie dostrzegł nic poza odrobiną melancholii. Wstał z krzesła i zaczął kręcić się po pokoju, rozmyślając nad tym, co mu powiedziała. Wiedział, że nie warto pytać o więcej. Nie chciała mówić.

Kolejne dni przyniosły mu spokój i radość ze spędzania czasu z przyjaciółką w domu, w którym zwykli bawić się jako małe dzieci. Grywali często ulubione melodie na pianinie, bez słów ciesząc wyobraźnię wspomnieniami z dzieciństwa. Najczęściej utwory wykonywała Urszula. Karol siadał wtedy obok i spoglądał w jej twarz, ściągniętą w skupieniu lub oddaną melancholii, albo stawał tuż obok, czasami dotykając kosmyków jej jasnych włosów albo opuszkami palców gładząc czoło i policzki Urszulki.
Kilka razy zachodził do nich Franciszek, przerywając grę niezbyt optymistycznymi ostrzeżeniami. Karol próbował dowiedzieć się, skąd taka ostrożność.
— Jak to skąd? — fuknął mężczyzna. — Bóg jeden wie, co by było, jakby ktoś doniósł, że moja żona gra na pianinie takie melodie.
— Ale cóż złego w graniu muzyki?
— W ubiegłym roku naszych sąsiadów, Wolińskich, nawiedziła milicja. Oświadczyli, że podobno szerzy się tam zakazane praktyki, czyli czyta polskie książki patriotyczne i wygrywa rewolucyjne utwory. Uznali to za pretekst, by przewrócić do góry nogami całą posiadłość, aż znaleźli jakiś błahy powód do skazania. Woliński wyjechał na Sybir, rodzinę gdzieś wysiedlono, Bóg jeden wie gdzie.
Na koniec Franciszek oświadczył, że jeżeli raz jeszcze usłyszy chociażby takt Chopina, wyrzuci pianino przez okno.
— Chce dobrze — tłumaczyła go potem Urszulka, siedząc w fotelu i pijąc herbatę. — Martwi się, by nic się nikomu nie stało. Nie potępiaj go, to dobry człowiek.
Karol kręcił się po jej gabinecie niespokojnie, zaciskając dłonie w kieszeniach. Dręczyły go słowa wypowiedziane wcześniej przez męża przyjaciółki, dręczyły wspomnienia zarówno z wczesnej młodości, jak i lat późniejszych, na koniec niewypowiedziane wyznania rozsadzały serce mężczyzny i ogłuszały go.
Tak naprawdę liczył, że przez lata rozłąki wyzbył się przedziwnego sentymentu do Urszuli, że nagłe zderzenie z okrutną rzeczywistością na zewnątrz ochłodzi jego pragnienia, lecz mylił się. O ile przed pięcioma laty potrafił śmiać się na ich weselu, o tyle teraz wiedział, że oddałby duszę, by to wesele było także jego.
— Urszulko — rzekł powoli, szarpiąc włosy i modląc się do Boga o cnotę rozsądku — Urszulko, przypomniał mi się taki piękny wiersz…
— Jaki? — zapytała, patrząc na niego ukochanymi oczami.
— Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę… — zaczął cicho, odwracając się do niej przodem i wreszcie stając w miejscu. Urszula klasnęła w ręce i westchnęła z radością.
— Pamiętam! Pamiętam! — cieszyła się. — Sto lat nie czytałam. Franciszek kazał wszystko spalić… Mów, Karolu, tak chętnie posłucham!
Karol podszedł bliżej, nie mogąc jednak wydobyć z siebie głosu. Gdy stał tuż nad nią, czekającą cierpliwie z oczami błyszczącymi z radości, ustami rozkwitłymi w uśmiechu, z różowymi policzkami, jasną cerą i pachnącymi włosami, gdy spojrzał na cały ten obrazek, pochłaniając go łapczywie, gdy niemalże zachłysnął się zachwytem, jaki wprawił jego obolałe serce w gorączkowe bicie, nie wytrzymał i padł na kolana.
— Urszulko! Urszulko kochana! — szeptał, ująwszy jej dłonie w swoje i składając na nich pocałunki, jeden za drugim. — Kochana przyjaciółko! Jam to chyba dla ciebie napisał!
— Nie, głuptasie, to Mickiewicz — roześmiała się, lecz była nieco zaniepokojona jego dziwnym wybuchem. Dostrzegł to w jej oczach, jednak nie zląkł się odrzucenia. Chciał wyrzucić z siebie lawinę uczucia, chciał wreszcie pozbyć się ciężaru milczenia, uspokoił się więc i wziął głęboki oddech.
— Urszulko, ja tobie na każde wezwanie — mówił szybko, jakby bojąc się, że nie zdąży. — Zawołaj mnie tylko i przyjdę chociażby z końca świata, chociażby z piekła czeluści, chociażbym miał się nawet samemu carowi wyrwać, ja przyjdę i stanę przed tobą, by spełniać twoje rozkazy! Mogę być dla ciebie jak brat i jak ojciec, jak przyjaciel, jak opiekun, jak… jak… — Urwał. — Urszulko moja najukochańsza, ja ciebie chyba kocham i ja nic nie potrafię zrobić, by było inaczej, zaklinam się jednakże na Boga, że jakbym wiedział jak, już dawno skreśliłbym cię z mojego serca. Jam cię kochał od dziecka, tylkom nie wiedział, że to miłość. Kocham cię! Kocham cię, na Boga! I Bóg mi świadkiem, że nie wybaczę sobie do końca istnienia… do samego końca… żem to nie ja pierwszy ci to powiedział… że to nie moje dzieci nosić będziesz pod sercem… że to nie ze mną spędzisz życie! Błąd! Błąd popełniłem! Nie trzeba tu było przyjeżdżać… Nie trzeba ci było mówić! Dosyć, wybacz mi mą śmiałość! Wychodzę.
Wstał i chciał już skierować kroki ku wyjściu, lecz ściskała kurczowo jego dłoń, wciąż zszokowana nagłym wyznaniem.
— Karolu! Cóż ty opowiadasz! — pisnęła i także wstała. — Karolu, cóż to za dziwne słowa!
Nie dał jej odpowiedzi, wiedząc, że jego monolog mówił sam za siebie. Urszulka wbijała w niego wzrok, wciąż z tak samo głębokim zaskoczeniem wypisanym na twarzy, zaciskając usta i oddychając niespokojnie.
— Karolu mój, ja wszystko zrozumiem i wszystko przyjmę… Ale muszę ci powiedzieć… że się mylisz!
— Ja? Mylę się? — zapytał zdziwiony.
— Tyś pierwszy mi powiedział: kocham… Jeszcze nigdy tego nie słyszałam z ust mężczyzny.
— Jakże to? — zdziwił się, czując, jak krew napływa mu do twarzy, a serce przyspiesza swój rytm. Wciąż ściskała w swoich spoconych rączkach jego dłoń, wpatrywała się w jego twarz jakby zupełnie nieobecna. — A twój mąż?
Spuścił wzrok, uświadamiając sobie własną śmiałość. Nie odpowiadała, słyszał jednak, że zaczęła po cichu szlochać. Wtem rozległo się stukanie do drzwi wejściowych. Urszula przestała płakać i poderwała głowę z przerażoną miną,
— Któż by przychodził o tej porze?! Chowajże się, Karolu! — pisnęła, szarpiąc go za frak i pchając pod ścianę. — Do szafy! I cicho sza!
Gdy zamykała za nim drzwi, usłyszał, jak na dole, pod podłogą, skrzypią drzwi, a następnie taki dialog, stłumiony przez warstwę pod jego stopami:
— Dobryj wieczier, szanowny panie Drawiecki, wybaczcje najscje.
— Co was przywiodło o tej porze, komisarzu? — dosłyszał głos Franciszka.
— Otóż sprawa nieprzyjemna, dosyć nieprzyjemna… Cóż, sam nie wiem, at cziego zacząc’. Możemy wpierw wejsc’?
Franciszek nic nie odpowiedział, ale Karol usłyszał, jak dwie pary butów tupią o posadzkę korytarza. Otworzył drzwi szafy i ujrzał Urszulkę klęczącą z uchem przy szparze w podłodze. Poczuwszy się pewniej, wyszedł z szafy i położył się obok, by lepiej słyszeć.
— Panie Drawiecki, powiem wprost. Że sję znamy już dl’ugo, to pozostanę szcziery. Padl’o na was dosyc niekorzystne swiatl’o u nas na komisariacje, gdyż dowiedzjelismy sję, że przetrzymujecje spiskowca.
Serce podeszło Karolowi aż pod gardło, a po minie Urszulki poznał, że jej za chwilę wyskoczy z piersi.
— Skąd te absurdalne podejrzenia? — prychnął Franciszek.
— To już jest sprawa maja i naczelnika Breżewnikowa. Druhu mój, wy mi bliscy, więc nie będę hańbil’ was ani wasziego domu. Zal’atwmy to po tichu. Czel’owiek, ktorego przetrzymujecje, ma za sobą wielokrotne wystąpienia protiw Najjasnjej Nam Panującym oraz zamieszanje w kolejne spiski. Stowarzyszenje, do ktorego należal’, uże rozwiązane, a czl’onków przesl’uchujem. Wiemy stąd, że wybral’ sję w to wl’aśnie miejsce. Mam nakaz przeszukania domu, ale jak ja mówil’, nie chcę oczerniac’ waszjewo nazwiska. Do jutra do siódmoj wieczier chcę miec’ go w swajom gabinecje.
— W tym domu jestem tylko ja, moja żona i służba. Nie przetrzymujemy nikogo.
— Przyjacjelu, nie pogrążajtjes. Wiem, że kto tu jesio zamieszkal’ i nie każcie mi pjeredstawiat’ dowodow, bo to nie wy majecie prawo do takich żądań. Powiem wprost: źle byl’oby dla waszej rodziny, gdybyscje zaszkodzili nam w pracy. Pora na mnie — oświadczył nagle. — Wiecie, gdzie mienia znalezc’. Przekażcje pozdrowienia dla żjeny. Prjeurocza z niej kobieta — nie ryzykujcie jej…
Panowie przeszli z salonu z powrotem na korytarz, obydwaj milcząc. Franciszek znów się odezwał:
— Pozwolicie, przyjacielu, że was odprowadzę.
Po chwili drzwi się za nimi zatrzasnęły. Obydwaj rozmawiali jeszcze przez chwilę o jakichś nieistotnych sprawach na zewnątrz, aż woźnica strzelił lejcami i kareta odjechała, skrzypiąc kołami o zbity, twardy śnieg. Karol usiadł na fotelu, nic nie mówiąc i chowając twarz w dłoniach. Miał wrażenie, że serce bije mu tak mocno, że usłyszy je odjeżdżający ze wsi carski komisarz. Chwilę potem Franciszek wszedł po schodach i otworzywszy drzwi, stanął u progu.
— Już pojechał — rzekł, przenosząc bystre spojrzenie z jednej przerażonej twarzy na drugą.
— Co zrobimy? — pisnęła drżącym głosem Urszula.
— My nic. Ciebie nie będę w to mieszał. Kochana, wyglądasz na zmęczoną. Połóż się może?
— Jakże mam teraz spać! Och, Franciszku, chyba go nie wydasz?!
Mężczyzna milczał przez chwilę, patrząc na swoją żonę w zamyśleniu.
— Jakże bym mógł — odparł cicho po krótkiej pauzie. Urszula podeszła do niego i ucałowała w obydwa policzki. Franciszek speszył się trochę i rzekł jeszcze ciszej: — Idźże już spać. Jedenasta dochodzi. No, za pięć minut masz być pod kołdrą i słodko spać, bo jak nie…
Urwał ostrzegawczo i spojrzał na nią znad okularów. Roześmiała się i zniknęła ze drzwiami, machając Karolowi na dowidzenia. Obaj panowie zostali sami w gabinecie Urszuli. Gdy usłyszeli jej kroki piętro wyżej, Franciszek zamknął drzwi i stanął twarzą do portretów zawieszonych na ścianie przy kominku.
— Rozstawili straże po całej wsi — powiedział cicho, nie patrząc na niego. — Przyjaźń przyjaźnią, ale takiej ryby nie puści wolno.
Karol milczał, a beznadzieja jego sytuacji docierała do niego coraz dosadniej. Poczuł kolejne ukłucia niepokoju w sercu. Ktoś go zdradził, ktoś go zdradził, ale kto? Kto wiedział, gdzie jedzie? Kto był w stanie podać dokładny adres? Jako że nikt nie przychodził mu do głowy, czuł się jeszcze bardziej bezsilny wobec zbliżającego się zderzenia z rzeczywistością.
— Jeśli on dostanie cię w swoje brudne łapska, wyjedziesz pewnie na katorgę albo Sybir — kontynuował Franciszek.
— Usunę się najszybciej i najzgrabniej, jak tylko można.
— Tak, tak by trzeba było. Ale nie uda ci się. Straże stoją gęsto.
Odpowiedziało mu milczenie.
— Nie mogę ryzykować Urszuli. Gdyby to tylko o mnie chodziło…
Karol podniósł gwałtownie głowę.
— Wyda mnie pan?
Franciszek patrzył przez chwilę na portrety, wyprostowany i dumny, w eleganckim, nienagannym fraku, z nieobecną miną oglądając kolejne obrazy, z których spoglądały na niego twarze równie dumnych i nieobecnych ludzi.
— Byłbym przecież wtedy zdrajcą.
Karola nie zadowoliła taka odpowiedź, wręcz przeciwnie — zaniepokoił się jeszcze mocniej.

Następnego dnia pana Drawieckiego obudziła przerażona żona.
— Franciszku! Wszędzie straże! Dopiero zobaczyłam! I wiesz co?! Nie ma Karola!
Mężczyzna przetarł dłonią twarz i usiadł na łóżku, patrząc na nią niezbyt przytomnie.
— Carskie straże! Wokół domu i we wsi. I Karol! Mój Boże, gdzie on?!
— Urszulko, uspokój się… — prosił, łapiąc ją za przedramiona i zmuszając do spojrzenia w oczy. — Urszulko, niczym się nie martw, on wyjechał.
— Gdzie?
— Daleko. Uciekł przed komisarzem.
— Ale jak to? Kiedy?
— W nocy. Jakeś poszła spać, tośmy rozmawiali do nocy. Jam widział, że carskie straże stoją, więc wiedziałem, że tak łatwo nie ucieknie. Tom dał mu mój płaszcz i sygnet, przecie milicjanci twarzy jego ani mojej nie znali.
Urszula spoglądała mu w oczy, a przerażenie ustępowało miejsca zaniepokojeniu.
— Ale… czemu się nie pożegnał?
— Pożegnał, ale cię budzić nie chciał. Kazał ci przekazać pozdrowienia i przeprosiny, że wyjeżdża po nocy, tak nagle. Wszak jednak sama rozumiesz.
Kobieta patrzyła na niego niepewnie, lecz zaczęła potakująco kiwać głową.
— No, tak… rozumiem… rozumiem…
Milczeli oboje, obserwując na swoje twarze w uwadze.
— Obiecał, że jak tylko znajdzie się w bezpiecznym miejscu, to się odezwie. A teraz idź się ubierać, a nie w bieliźnie po domu paradujesz!
Uśmiechnęła się niepewnie i wstała. Była już pod drzwiami, gdy zatrzymał ją.
— Poczekaj, kochana. — Odwróciła się do niego przodem, czekając na jego słowa. — Ja… chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo cię kocham, nawet jeśli nigdy ci tego nie mówię.
Spoglądała na niego z zaskoczeniem, ale po chwili na jej twarzy zakwitł szczery, niewymuszony niczym uśmiech. Poczuł się, jakby wreszcie wstawał z konfesjonału po długim czasie bez spowiedzi: lekko na sercu i ze spokojem sumienia. Podeszła do niego i ucałowała w obydwa policzki, szepcząc pieszczoty i tuląc do piersi.

W Wigilię przyszedł do niej z listem od Karola.
— Urszulko, to chyba do ciebie. Pachołek właśnie przyniósł — rzekł Franciszek, podając jej zapieczętowaną kopertę. Zerwała się i wyrwała mężowi list z ręki. Rozerwawszy papier, rozłożyła kartkę i łapczywie chłonęła każde słowo, które wyszło spod ręki przyjaciela.

Kochana Urszulo!
Piszę krótko, bo i czasu brak. Tak jak obiecałem, odezwałem się najszybciej, jak tylko się dało. Nie mogę podać miejsca, gdyż nie chcę ryzykować, że ktoś ten list przechwyci.
Urszulko najdroższa, wybacz mi, żem się nie pożegnał. Przyszedłem do ciebie przed wyjazdem i ucałowałem Twoje dłonie, lecz spałaś. I dobrze, bo jakbyś się obudziła, to byś mnie namawiać zaczęła i pewnie siedziałbym u Was do dziś, schowany w szafie albo za kotarą…
Wyjeżdżam daleko i nieprędko się zobaczymy. Bardzo Cię kocham, nigdy o tym nie zapominaj. Muszę kończyć, chociaż mi ciężko. Boję się, że to moje ostatnie słowa do Ciebie — coś mi to podpowiada. Jeśliby tak było, to mówię już teraz: żegnaj, kochana, zobaczymy się na tamtym świecie, jeśli Bóg pozwoli. Pomyśl czasami o nieroztropnym, trochę szalonym Karolu! Zagraj dla niego mazurka (może być Chopin, Op. 68, nr 2) i zmów paciorek. Podziękuj mężowi za pomoc.

Twój Karol, 21 grudnia 1862 r.


Tego dnia zasypiała, patrząc w błyszczące w ciemności oczy swojego męża i zastanawiając się, co go tak mocno trapi od kilku dni. Rozmawiali o rzeczach absolutnie nieistotnych, o potrawach wigilijnych, zbliżających się kuligach i balach. W jednej chwili zmrużyła oczy i nim się spostrzegła, zasnęła. Franciszek spoglądał na jej spokojną we śnie twarz, dotykając opuszkami palców czoła i policzków żony. Zazdrościł jej tego spokoju, lekkości, z jaką zasypiała. On pożegnał się z tym w chwili, gdy popełnił zbrodnię nie tylko przeciw Bogu i narodowi, ale też własnym zasadom.
Nie musiała wiedzieć. Tak było lepiej. Prawda zakłócałaby jej sen, marzenia i rozmyślania. Był świadomy, że nic nie skrzywdziłoby jej dobrego serduszka tak bardzo, jak tajemnica, którą skrywał: że jej mąż, jej kochany Franciszek jest podłym zdrajcą, odebrał jej ukochaną osobę z pełną premedytacją i świadomością konsekwencji.
Wciąż przed oczami miał zdeterminowaną twarz Karola, gdy ten zrozumiał, co go czeka. „Nie mam wyboru”, tłumaczył mu Franciszek. „Mogę ci pomóc uciec, ale nie za wszelką cenę. Jeśli złapią nas straże, nie zawaham się. Nie chcę, by skrzywdzili Urszulę”.
Mógł mu to powtarzać do końca świata, mógł nawet sprawić, że ten młody mężczyzna zrozumie sens jego słów, ale nie odkupiłoby to jego splamionej zdradą duszy.
„Oni wiedzą, że tu jesteś, ktoś im doniósł. Nie wiem kto. Jeśli uda ci się uciec, będziesz żyw i wolny. Jednak wątpię w to.” „Już nie pojmuję”, odpowiedział mu Karol. „Czy więc chcesz, bym wpadł w ręce tego carskiego psa?” Franciszek milczał chwilę. „Jeśli to cena za zdrowie i spokój mojej żony”, rzekł, „to pragnę tego z całego serca”.
Karol poprosił tylko, by mógł napisać list z fałszywą datą, którą w razie ewentualności miał dostarczyć jej Franciszek. „Proszę jej to przekazać i kłamać, żem uciekł. Nie musi wiedzieć”, oświadczył Karol, po czym razem wyszli w ciemną noc.
„Rozumiesz mnie?” pytał co chwilę Franciszek. Karol wykrzywił się. „Dlaczego nie wahałbyś się sprzedać mnie carowi? Tak, rozumiem.” „Kocham ją”, westchnął starszy z mężczyzn. „Nie mogę pozwolić, by ktoś nawet myślał o tym, aby ją skrzywdzić.”
Wspominał to każdego wieczoru i chociaż widział jak przez mgłę, przeżywał zawsze od nowa. Jechali spokojnie przez las, rozglądając się wokół z sercem podchodzącym pod gardło. „Co się stanie, jeśli ucieknę?”, zapytał Karol. „Nie wiem”, odrzekł mu. „Być może nic. Życzę tego i mnie, i tobie z całego serca”. W lesie panowała głucha cisza, mącona jedynie prychaniem koni i skrzypieniem śniegu pod kopytami.
„Słyszałem waszą rozmowę”, wyznał nagle Franciszek. „Nie chcę, byś myślał, że to dlatego podjąłem taką decyzję, chociaż…” Wtem usłyszeli tętent kopyt i ludzkie głosy. „…Chociaż nie ukrywam, że świadomość twojego uczucia jakoś pomaga przezwyciężyć mi wyrzuty sumienia. To, co słyszysz, to carska straż. Idą tu po ciebie. Wybacz, Karolu”. Franciszek wyciągnął rewolwer zza pazuchy i naładował, wycelowawszy w pierś młodego mężczyzny. „Mam nadzieję, że kiedyś mnie za to piekło pochłonie. A teraz pozwól, że oszczędzę ci cierpień i pozwolę umrzeć jak mężczyzna”.
Huk przerwał ciszę panującą w lesie i Karol spadł z konia na ziemię, plując krwią i wijąc się w agonii. Chciał coś powiedzieć, lecz jedyne, co wydobywało się z jego ust, to krew. Franciszek znów naładował broń i celując w jego głowę, pociągnął za spust ponownie.
Nagle pół-senne wspominanie przerwał mu krzyk żony.
— Urszulko, cóż się stało?
Kobieta usiadła na łóżku i drżącymi rękami zapaliła lampę. Oddychała ciężko, na policzkach miała łzy, a całe jej ciało aż zwijało się od drgawek.
— Słyszałeś? Mój Boże, nie, to tylko sen… Boże, Franciszku, ja mam złe przeczucia! Ja czuję, ja śniłam, że on… Słyszałam huk, jakby ktoś… Słyszałam, jak mówił moje imię! I umarł… Boże! Boże! — Przyciskał jej głowę do piersi i ocierał kolejne łzy, którymi moczyła pościel.
Z tyłu głowy słyszał jeszcze zdziwione okrzyki carskich oficerów, którzy przybywszy na miejsce, zobaczyli martwe ciało. Słyszał nawet swój głos, lecz jakby nie należący do niego: „Chciał uciec, a ja go goniłem. Ujrzał mnie i chciał zabić, więc wyrwałem mu broń i zastrzeliłem. Załatwmy to po cichu. Nie pozwólcie, by dowiedziała się o tym moja żona”.
Urszulka przyciskała zapłakaną twarz do jego piersi i wtulała się w ramiona, jakby instynktownie wyczuwając, że to było jedyne miejsce na ziemi, gdzie mogła być tak dobrze chroniona przed złem. Choćby za najwyższą cenę. 

18 kwietnia 2012

007. 37 — 41 — 45 [M]

Tekst napisany na turniej Bitwa na Pióra na forum literackie. Tematem tej rundy był "romans historyczny". Krótka historia o młodzieńczym zakochaniu, godnej podziwu wytrwałości i gorzkim rozczarowaniu.
PS Póki co zwolnię nieco z publikowaniem kolejnych części Surowicy.



37 — 41 — 45


1937 KWESTIA ŻYDOWSKA 

Tadeusz Skowroński nie miał matki, która nauczyłaby go kochać. Zmarła, wydawszy chłopca na świat. To była pierwsza i ostatnia lekcja, jaką mu dała na temat tego pięknego uczucia: jak umrzeć za drugiego człowieka. Tadeusz jednak nie widział w jej odejściu nic pięknego ani wzniosłego. Dla niego była jedynie ofiarą jego pragnienia życia. 
Mieszkał sam z ojcem, Franciszkiem. Był on człowiekiem zgorzkniałym, radykalnym i nieprzyjemnym: i w aparycji, i w sposobie bycia. Jedyne, co był w stanie nauczyć syna, to jak godnie nienawidzić – a i z tych lekcji skorzystać miał później młody mężczyzna, lecz nienawiść skierowana była w zupełnie innym kierunku, niż chciałby pan Skowroński. 
Tadeusz dopiero co skończył szkołę. Nieco przerażony wizją samodzielności i samowystarczalności, tułał się wieczorami po parkach, restauracjach i skwerach ulicznych. Choć od zawsze był raczej samotnikiem, to ostatnimi laty zaczęło mu to wybitnie doskwierać. Nie chciał skończyć jak ojciec, nie chciał tak samo nienawidzić świata oraz samego siebie – a był świadom, że miał ku temu odpowiednie zdolności. 
Zakochał się. Dziewczyna miała na imię Irena i była w jego oczach najpiękniejszym stworzeniem Bożym, jakie kiedykolwiek widział. Poznał ją przez swojego przyjaciela, Władka. Irena była jego daleką kuzynką, która przyjechała na czas wakacji do Warszawy. Miała siedemnaście lat i długie, czarne włosy, które lubiła fantazyjnie spinać lub wiązać, i – co sprawiało, że Tadeusz szalał z zachwytu – nie miała pojęcia, jak ogromne robiła wrażenie. Podziwiał każdy cal jej twarzy: prosty nosek, ładne, ciemne oczka, różane usta. Podobała mu się do szaleństwa jej mimika i gesty – to, jakie miny robiła, gdy czuła się niepewnie, sposób, w jaki się śmiała, ściągnięty w skupieniu wyraz twarzy, gdy przekomarzała się z bratem. Lubił obserwować refleksy światła w jej włosach, podobało mu się, jak się ubierała, jak chodziła, a jej głos był dla niego najpiękniejszą melodią na świecie. Słowem: miłość. Chociaż młodzieńcza i powierzchowna, to bardzo gwałtowna, a już z pewnością na swój sposób namacalna. 
Rozmawiał o niej jeden jedyny raz z Władkiem, na początku lipca. 
– Nigdy o niej nie mówiłeś – mruknął, gdy siedzieli na murku wewnątrz jego kamienicy i palili papierosy. Robili to ostatnio bardzo często, oszołomieni faktem, że mają do tego pełne prawo, i o ile u Władka dochodziła jeszcze kwestia Matki Troskliwej, o tyle Tadeusz nie musiał się przejmować żadną opiekunką. 
– O kim? 
– O Irenie. 
– Niewiele mam z nią kontaktu. Jej rodzice są bardzo… No, wiesz… – Władek zmieszał się. 
– Nie, nie wiem. 
– No… dziwni… Ona w ogóle jest Żydówką, a jej rodzice są ortodoksyjni. 
– Żydówką? 
– To dla ciebie problem? – warknął zaczepnie Władek. 
– Nie, po prostu nie wiedziałem, że masz Żydów w rodzinie, tyle lat cię znam. 
– Bo nie mam – uciął. 
Władek w ogóle nie lubił ani o Irenie mówić, ani do Ireny się zwracać. Większość czasu spędzała, siedząc samotnie w swoim pokoju i Bóg jeden wie, co tam robiła. Tadeusz próbował ją zaczepić, lecz nie należała do rozmownych. Bardzo pragnął poznać ją bliżej, lecz nie miał okazji. Pierwszy raz, gdy rozmawiał z Ireną sam na sam, bez obecności jego przyjaciela, wydarzył się niedługo po tej rozmowie. Zaszedł któregoś popołudnia do Władka, lecz otworzyła mu jego kuzynka. 
– Włodzia nie ma – poinformowała uprzejmie, uchylając drzwi. Serce Tadeusza załopotało w piersi, a żołądek skręcał się bezlitośnie z nerwów. 
– A kiedy będzie? 
– Nie wiem, niedługo raczej, bo nic nie mówił, gdy wychodził. 
– Mógłbym na niego poczekać tutaj? – zapytał, wyczuwając okazję. 
– Tak, oczywiście – odrzekła, chociaż zmieszała się. – Proszę wejść. 
– Nigdy się pani nie przedstawiałem – zaczął uprzejmie, wszedłszy. – Tadeusz Skowroński. 
Ukłonił się. 
– Irena Szpilman. 
Nie wyciągnęła dłoni ani do uścisku, ani pocałunku. Spoglądała na niego nieufnie, ściskając w lewej ręce jakąś książkę. 
– Lubi pani czytać? – zapytał, chcąc nawiązać rozmowę. 
– Tak – odrzekła. 
– Nie jest pani zbyt rozmowna. 
– Pójdę do siebie – oświadczyła. Przekręciła zamek w drzwiach i przemknęła przez korytarz, by koniec końców zamknąć się w pokoju. Gosposia wychynęła z kuchni i uśmiechnęła się dobrodusznie. 
– Tadziu, wejdź, upiekłam pyszne ciasto – zachęciła go. – Nie przejmuj się Irką, jest nieco zamknięta w sobie, ale nie ma złych intencji. 
– Nie, dziękuję, muszę iść… – mruknął. Otworzył drzwi i wyszedł, zapominając o Władku i sprawach, które go do niego przywiodły. 
Do domu wrócił piechotą. Zastanawiał się nad przyczyną niechęci dziewczyny wobec jego osoby, lecz żadne logiczne wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy, ale jako że on nigdy nie miał do czynienia z dziewczętami, to nie zdziwiła go własna bezradność ani trochę. Wbiegł na trzecie piętro, omijając co drugi schodek, otworzył drzwi i przeszedł prawie na palcach do swojego pokoju. Pomachał gosposi, małej, wątłej kobiecinie pani Anieli, a gdy mijał pokój gościnny, usłyszał radio. Zatrzymał się i wsłuchał, a to, co usłyszał, wprawiło go w osłupienie. 
– Dzień dobry, ojcze – przywitał się, wchodząc do salonu. Pan Skowroński siedział przy odbiorniku, pijąc kawę i ściągając twarz w skupieniu. 
– Dzień dobry – odrzekł, unosząc rękę w geście, którym mówił, by mu nie przeszkadzać. 
– Ojcze, czego ty słuchasz? 
– Hitlera – odparł spokojnie. 
– Przecież to nazista. 
Ojciec nie odpowiadał, słuchając radia. 
– Słuchasz nazistów – oświadczył Tadeusz, nie mogąc uwierzyć. 
– Muszę przyznać, że gadają całkiem mądrze – mruknął ojciec. 
– Słucham? 
– Tak, synu. Powinieneś rozszerzyć horyzonty, nie daj się przekabacić tej hołocie. 
– Jakiej hołocie? 
– Już ja wiem jakiej. Szerzą się jak jakaś zaraza. A zarazę należy zwalczać. 
– Mówisz o Żydach? 
– Nie tylko. Jest wiele kwestii, w których naziści mają rację. 
Tadeusz przełknął ślinę, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Nigdy nie zastanawiał się głębiej nad tym, co działo się na zachodzie, ponieważ nie sądził, aby kiedykolwiek miało to jakkolwiek wpłynąć na jego życie. Wpatrywał się w własnego tak bardzo znienawidzonego ojca, czując, jak gotuje się w nim krew. Hitler wykrzykiwał swoje obrzydliwe hasła w radiu, co chwilę popierany gromkimi oklaskami. Chłopak spuścił głowę i wyszedł z pokoju. 
– Synu – rzekł ojciec. Tadeusz zatrzymał się, czekając. – Mam znajomego w Falandze*. Nie zastanawiałeś się czasami nad wstąpieniem do Partii? 
– Nie, nie czuję się dobrze w polityce – odparł, zaciskając pięści. 
– Szkoda. Poczekaj jeszcze, chodź tutaj – polecił ojciec. Chłopak wrócił do salonu. – Pamiętaj o naszych korzeniach, synu, nie ważne, co się by działo. 
– Jakich korzeniach, ojcze? 
– A r y j s k i c h, synu. Twoja babcia, pamiętaj. 
Hitler wykrzykiwał swoje obrzydliwe hasła, popierany gromkimi brawami. 

Zbliżał się koniec wakacji. Pewnego wieczoru wyszedł na spacer, podejrzewając, że prędzej czy później i tak nogi same doprowadzą go do Władka. Za każdym razem, gdy natykał się w domu swojego przyjaciela na Irenę, widział, że go unikała. Nie patrzyła mu w oczy, odpowiadała półsłówkami, a w jej głosie czaiła się niechęć. Był świadom, że niedługo wróci do swojej rodzinnej miejscowości, więc pozostało mu niewiele czasu na działanie. Zauważył, że była bardzo inteligentna i oczytana. Słuchał często, jak rozmawiała z gosposią, i uświadomił sobie, że należała też do niezwykle wesołych, pogodnych osób, tym bardziej więc dziwiła go jej niechęć względem niego. 
Zatrzymał się, usłyszawszy jakieś krzyki. Męskie, niskie głosy, pijacki bełkot, nic groźnego. Spojrzał przed siebie. W przeciwnym kierunku szła grupa starszych od niego mężczyzn oraz paru rówieśników, a wszyscy mieli w rękach butelkę wódki, wiadro, szeroki pędzel lub zwinięty w rolkę plakat. Śmiali się rubasznie, krzyczeli przekleństwa i nawoływali idące szybkim krokiem kobiety. Wycofał się nieco, nie chcąc wchodzić takim osobnikom w drogę. Nagle zatrzymali się przy jednym ze słupów i zaczęli nalepiać plakaty. Tadeusz z daleka nie widział, co na nich było, a bardzo go to ciekawiło. Po chwili grupka pijaków poszła dalej, wciąż śpiewając, przeklinając i śmiejąc się. Nie zauważyli go. Podszedł szybko do słupa, na którym przykleili plakaty, a im lepiej je widział, tym większe obrzydzenie odczuwał. 
Żyd to zwierzę, Żyd to buc. Widzisz Żyda – to go tłucz! 
Nad napisem narysowana była skarykaturowana twarz mężczyzny w pejsach i wysokim meloniku, wykrzywiona w nienawiści. Świeży klej przesiąkał przez papier i ściekał po słupie na bruk. Tadeusz czuł jego ostrą woń, lecz nie dlatego zbierało mu się na wymioty. Wyciągnął rękę i przejechał dłonią po wypisanym czerwoną czcionką haśle. 
Słyszał za sobą zbliżające się kroki, stukanie damskich obcasów. Odwrócił głowę i ujrzał Irenę obwieszoną siatkami z zakupami. Gdy była już całkiem blisko, podniosła na niego spojrzenie, które w ciągu kilku chwil stało się chłodne i nieufne. 
– Dzień dobry – przywitał się, odwracając się. Zamierzała mu odpowiedzieć, lecz ujrzała nad jego ramieniem ów plakat. Zamknęła usta, które wykrzywiła w grymasie obrzydzenia. – To nie ja – powiedział szybko, lecz minęła go bez słowa. Uświadomił sobie, że prawą rękę ma umazaną klejem. – To nieporozumienie, proszę poczekać! 
Pobiegł za nią, lecz ona nie chciała na niego patrzeć. Po jej policzkach spływały łzy goryczy. Złapał dziewczynę za nadgarstek, lecz wyrwała rękę z jego uścisku, upuszczając zakupy na ziemię. Schyliła się i zaczęła wkładać je w pośpiechu do siatek. 
– To nieporozumienie, proszę mnie wysłuchać, to nie tak, ja nic nie mam przeciwko… 
– Nie musi się pan tłumaczyć. Nie warto. Ale skoro ma pan odwagę głosić takie świństwa, to czemu nie powie pan mi ich w twarz, co? 
Dyszała ciężko, pierwszy raz tak wyzywająco patrząc mu w oczy. Otwierał i zamykał usta, zastanawiając się, co powiedzieć, by ją przekonać. 
– Bo to po prostu… nieprawda… Ja panią bardzo lubię! 
– Już mi Władzio opowiadał o wszystkim! O tym, że pan jest taki niechętny względem niego, odkąd się pan dowiedział, że ma Żydów w rodzinie! O pańskim ojcu też mówił! I o tym, że chce pan wstąpić do tej partii… A teraz widzę na własne oczy! 
– To bzdura, ja nie mam nic przeciwko… – tłumaczył się gorączkowo. – To nieporozumienie, to wszystko nieporozumienie, Władek wszystko poprzekręcał! 
– Tak? Ciągle mnie pan zaczepia, a ja widzę, jak pan na mnie patrzy. Tak… dziko… 
Tadeusz zarumienił się. 
– Bo pani mi się bardzo podoba – wybąkał niepewnie. Zamrugała wielokrotnie, a na jej twarzy widniało głupawe zaskoczenie. – Nie wiem, co pani mówił Władek, ale to jakieś nieporozumienie. Dlaczego miałbym panią teraz oszukiwać? Nie rozwieszałem plakatów, ja ich po prostu dotknąłem, tam szli jacyś pijacy, co je przyklejali. A mój ojciec… Ja… nie chcę mieć z nim nic wspólnego. 
– Władzio mówił co innego – burknęła butnie, lecz mniej pewnie. 
– Więc albo nazmyślał, albo ma poważne problemy ze słuchem. Jak mógłbym nienawidzić narodu, który wydał takiego anioła jak pani? 
Spoglądała na niego równie zdezorientowana, co sceptyczna. Pomógł jej wkładać zakupy z powrotem do siatki. Miała ładne, smukłe dłonie. Zerkał na nią niepewnie co chwila, czekając, aż cokolwiek powie. Przygryzała wargi, marszcząc delikatnie brwi. 
– Przepraszam, że pana tak parszywie oceniłam. 
– W porządku. Władek oberwie za tę całą sytuację, już ja tego dopilnuję! 
Roześmiała się i wstała, a on odebrał od niej ciężkie siatki. Patrzyła na niego pierwszy raz tak zwyczajnie, że wprawiło go to w absolutny zachwyt. 
– To okropne, co czasami słyszę w radiu lub na ulicy. Pan sobie nie wyobraża, co czuję. 
– Proszę się nie przejmować – pocieszył ją. Spuściła smutno wzrok, który wcześniej spoczywał na oddalonym od nich słupie informacyjnym. 
– Pan mi się też podoba – przyznała się cicho. – I przykro mi było, jak słuchałam tego, co mówił Władek. Trochę mi nie pasowało to wszystko. Pan był dla mnie zawsze miły. 
Uśmiechnął się szeroko i zaproponował dziewczynie ramię, które z chęcią ujęła. 

1941 POLSKA WCIĄŻ JESZCZE WALCZĄCA 

Najukochańsza Irenko, 
Nie ma dnia, bym za Tobą nie tęsknił. Nie ma nocy, bym nie wspominał Twych dłoni, oczu, włosów. Nie ma chwili, bym ni martwił się o Ciebie. Nie ma wieczoru, bym się za Ciebie nie modlił. Nie ma oddechu, który nie byłby dla Ciebie, tak jak i nie ma uderzenia serca, które nie byłoby dedykowane Tobie. 
Najukochańsza Irenko, bez Ciebie nie ma świata. Bez Ciebie nie ma dnia i nie ma nocy, nie ma chwili i nie ma wieczoru, nie ma oddechu ani bicia serca. Jest tylko pustka. Lecz muszę być dzielny – kiedyś to się skończy. Przetrwamy wojnę i spotkamy się ponownie. I wtedy przypomnisz mi swoje dłonie, oczy i włosy, za którymi tęsknię tak bardzo… 
Ojciec chyba się domyśla. Wciąż o Tobie nie wie, lecz nie jest głupcem, widzi, że coś jest nie tak. Lecz nie mogę mu powiedzieć. Nie dlatego, że boję się wydziedziczenia – bo niewątpliwie by mnie to czekało – lecz dlatego, że jest on niebezpiecznym człowiekiem, a ja pragnę, byś była bezpieczna – a jesteś tak długo, jak nikt nie ma pojęcia o Twym istnieniu. Pamiętaj o tym, co Ci pisałem. Uważaj na siebie. 
Twój Tadeusz. 

Moja Irenko, 
Bardzo chciałbym wiedzieć, co u Ciebie, a nieprędko się dowiem! Byłem bliski poproszenia Cię o odpowiedź, lecz gdyby ojciec ujrzał list od Ciebie (a bywa, że sprawdza moją korespondencję) lub wpadłby on w niepowołane ręce, mój cały plan wziąłby w łeb. Nie masz pojęcia, jak za Tobą tęsknię. Nie masz pojęcia! 
Śniłaś mi się dzisiaj, moja ukochana. Wyobraź sobie mój zawód, gdy się obudziłem. Wyobraź sobie mój ból, gdy uświadomiłem sobie, że to tylko sen, a Ty jesteś daleko, daleko… A ja mogę do Ciebie jedynie wzdychać lub listy pisać! Kochana Irenko, czemu Bóg dał nam tylko te kilka dni w sierpniu ’37? Co podkusiło mnie, by zostać na wakacje rok później w Rzeszy? Gdybym wiedział, gdybym tylko wiedział, jak to się dalej potoczy…! Och, Irenko! 
Myśl o mnie, patrząc w niebo – jeśli i ja wtedy pomyślę o Tobie, także patrząc w gwiazdy, być może się usłyszymy? Tak wiele bym za to dał! Tak wiele… Ba! Wszystko, co mam. 
Szalejący z miłości Tadeusz. 

Najukochańsza Irenko, 
Dostałem podwójny awans – i tu, i tu! Wybacz, że piszę niejasno, lecz boję się, że list ów wpadnie w niepowołane ręce. Ty jednak wiesz, o co chodzi. 
Wybacz, że tak dawno nie pisałem, lecz chyba ktoś ma mnie na oku. Bardzo się spieszę, więc muszę kończyć. Twój na zawsze, 
Tadeusz. 

Najukochańsza Irenko, 
Dostałem wiadomość od pani Zofii o Twojej chorobie oraz o tym, co wydarzyło się w zeszły wtorek (16 czerwca). Mało brakowało, lecz najwyraźniej Bóg ma Cię w swojej opiece. Dziękuję Mu za to każdego dnia. 
Irenko, jest mi bez Ciebie bardzo ciężko. Moje zadanie jest coraz trudniejsze do wykonania. Niedługo będę pisał częściej i jaśniej, ponieważ prawdopodobnie znajdę pewniejszy sposób na dostarczanie Ci listów. Lecz wciąż zabraniam Ci na nie odpowiadać – nie mogę pozwolić, by ojciec lub ktokolwiek jego pokroju dowiedział się o Tobie. 
Kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, Irenko! Nie mam nawet Twojego zdjęcia – nie dałaś mi go! Ach, coraz trudniej mi spamiętać Twoje rysy – a były takie piękne… To pewnie dlatego tak szybko wspomnienie Twojej twarzy blednie w mej pamięci. Ach, a nawet gdybyś mi dała jakąś fotografię – nie mógłbym jej ze sobą nosić… Irenko, och, Irenko! 
Tadeusz. 

Kochana Irenko, 
Wraz z listem przesyłam Ci paczkę. Jeśli jej jeszcze nie otworzyłaś, zrób to natychmiast – jej zawartość z pewnością sprawi Ci ogromną przyjemność! Wiem, że na wsi mięsa pod dostatkiem, jednak tak pysznej kiełbasy nie ma nawet w Prosiakowie. Oprócz tego dołączam PRAWDZIWĄ czekoladę (co prawda niemiecką, jednak kradzioną, więc możesz spokojnie zjeść – nie zapłaciłem za nią ani grosza, chociaż mogłem!) i parę drobiazgów dla mojej anielicy. Wszystko, naturalnie, z Rzeszy – mówię to z ciężkim sercem. 
Ojciec wie, że pisuję listy do jakiejś kobiety, więc skłamałem, że do tej Niemki, Ingi, co ją poznałem w ’38 w Berlinie. Teraz już nie muszę się kryć z moim uczuciem – jedynie z ich obiektem. Lecz to niewielkie pocieszenie, ponieważ tak bardzo do Ciebie tęsknię! 
Mogę już nieco swobodniej pisać, więc powiem Ci, że Niemcy nie są głupi. O, co to, to nie! Ileż ja się musiałem napracować, by przestali być podejrzliwi, a wciąż haruję jak wół, by owego zaufania nie stracić. Chyba wyczuwają podskórnie, co jest na rzeczy. 
Ostatnio musiałem dać się zaciągnąć na jedną z ich ulubionych zabaw – wycieczkę do getta warszawskiego. Kochana Irenko, jak tam strasznie – trupy leżą na ulicach, a ludzie to sama skóra i kości – dosłownie! Coś strasznego… A oni tam zdjęcia robią i swoim rodzinom wysyłają, jak pamiątki z zoo. 
Cierpię bardzo w mojej pracy. Każdy by cierpiał. Chociaż kocham Cię jak nic innego na świecie, jest druga ważna Kobieta w moim życiu – Ojczyzna. A i do Niej tęsknie wzdycham, bo i Jej kochać mi nie wolno. Bogu dziękuję, że jesteś bezpieczna. Bóg nad Tobą czuwa. 
Miłujący Cię Tadeusz. 

Irenko moja najdroższa, 
NIECH ŻYJE POLSKA WALCZĄCA! Nawet nie masz pojęcia, jakim szczęśliwy. Patrząc na okupowaną Warszawę, zaczynałem powoli tracić nadzieję, że kiedykolwiek odzyskamy wolność, lecz ostatnio wstąpił we mnie nowy duch! Pierwszy raz od bardzo dawna czuję, że mamy szansę, że kiedyś Cię naprawdę ujrzę, przytulę, ucałuję i… sama wiesz, co jeszcze! Irenko, och, Irenko!!! 
Na co dzień nie mogę okazywać radości – boję się to robić nawet w samotności, bo ktoś mnie może obserwować. To straszne! Żyję w wiecznym strachu, że ktoś na mnie patrzy. Lecz myśl o Tobie podtrzymuje mnie na duchu. Wyobraź sobie – już niedługo się zobaczymy. Jak połączymy siły polskie z radzieckimi, rozgromimy Szwabów w trymiga! Zobaczysz, kochana, nie minie rok, a będziemy spacerować po Ogrodzie Saskim, jako małżeństwo najprawdziwsze, a wtedy już nigdy nie wypuszczę Cię z ramion! Kochana, och, kochana! 
Uradowany Tadeusz. 

Irenko, 
Kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię najmocniej na świecie!!! 
Twój Tadeusz. 

PS SMACZNEGO 
PPS Na wypadek, gdybyś go nie zauważyła – w kopercie jest jeszcze rysunek. 

Irenko moja… 
Obudziłem się rano i przypomniałem sobie Twój zapach… A wraz z nim przyszło wszystko: Twoje oczy, piękne, ciemne oczy, pachnące, długie włosy (nawet nie masz pojęcia, jak je uwielbiałem! I uwielbiam wciąż, nigdy nie pozwolę Ci ich ściąć), Twoje drobne, szczupłe dłonie… Pamiętam, jak mnie dotykałaś, pamiętam smak Twych cudownych ust… Mieszały mi się wtedy wszystkie zmysły, kochana, i mieszają mi się teraz, lecz pragnę Cię jak nigdy!!! 
Jeśli i Ty za mną tęsknisz i kochasz mnie tak mocno, i tak bardzo mnie pragniesz, i tak bardzo czekasz – to zadzwoń, jeśli możesz (pani Zofia zna numer), lecz nie mów nic, bo ktoś może słyszeć lub ktoś nieodpowiedni odebrać. Zadzwoń i nie szepnij słówka – będę wiedział, że to Ty! Zrozumiem jednak, jeśli Twe uczucie wygasło… Nie rób więc tego z litości. 
Rozgorączkowany Tadeusz. 

Kochana Irenko, 
Błagam Cię chociaż o jedno słówko. Napisz do mnie, kochana, tak bardzo tęsknię! Dziękuję Ci za ten telefon – jeśli się nie domyśliłaś, to ja go odebrałem. Dziękuję Ci, kochana, dałaś mi nadzieję, że moje uczucie ma sens… 
Przyjdzie do Ciebie pani Frania z tym listem, co go właśnie piszę, a wtedy (jeśli oczywiście zechcesz do mnie pisać) ona poda Ci wszelakie instrukcje, co masz zrobić. Kochana, sprawiłabyś mi tym taką ogromną przyjemność!!! 
Tadeusz. 

Irenko moja najdroższa, 
Spieszę się, więc krótko. Nie mogę więcej do Ciebie pisać. Pani Frania wpadła, nie wiem więc, czy i co pisałaś. Podejrzewają mnie. Są kłopoty. To mój ostatni list na razie. Boję się, że się domyślą. Muszę na nowo zdobyć zaufanie. Ojciec wie o Tobie. Wpadł w szał. Nie pisnąłem słówka. Pani Zofia wie, co robić. 
Muszę zrobić coś wielkiego, by się uwiarygodnić. Mam plan, lecz jest straszny. I tak mam już krew na rękach, lecz krew rodaka to co innego. Nie mam jednak wyboru. 
Ku chwale Ojczyzny. 
Tadeusz. 

1945 INNEGO KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE** 

Patrzę w Twoje oczy. Inaczej je zapamiętałam… Inne były na fotografiach, które mi po Tobie pozostały. Teraz czuję się, jakbym spoglądała w oczy umarłego – i wiem, że to w dużej mierze prawda. Ujmujesz moją dłoń w swoją i składasz na niej pocałunek. Przez Twą pokiereszowaną twarz przebiega cień; uśmiechasz się do mnie, lecz jakoś pół-martwo. 
Patrzę na Twoje dłonie. Są duże i szorstkie, tak jak pamiętałam, lecz teraz także bardzo zdeformowane: masz na nich ślady przypaleń, brakuje dwóch całych palców prawej ręki, a na lewej nie masz paznokci. Podnoszę niepewnie wzrok. Pozwalasz mi patrzeć, jakbyś czekał na werdykt. Dopiero zauważyłam, że lewe oko nie widzi. Kto Ci to zrobił? Kto zdeformował Twoje rysy? Kto odciął kawałek ucha? 
Masz krótko ścięte włosy, więc dostrzegam blizny na Twej głowie. Mniejsze, większe, dłuższe, krótsze, głębsze, płytsze, świeższe i dawno zagojone. Ty też milczysz – p o w i e d z c o ś, bo zapomniałam, jak brzmi Twój głos. 

– Irenko… 
– Tadeuszku… 

Widzę Cię i dotykam po ośmiu latach od rozstania. Chociaż wspomnienie Twojego siedemnastoletniego ciała mocno zblakło w mej głowie, to widzę różnice. Jesteś teraz kobietą. Włosy masz takie, jakie były – lecz dłuższe. Sięgam dłonią w ich kierunku. Są piękne. 
Twoje ciało jest pełniejsze, a buzia dojrzalsza. I znów to we mnie uderza: jesteś już kobietą. 
Masz drobne zmarszczki wokół oczu i ust, chociaż nieco poszarzałą skórę – jakbyś rzadko widywała słońce. Może tak nawet było – siedziałaś w ukryciu. I oto jesteś. 
Przeraża mnie to, lecz czuję rozczarowanie. Do innej Irenki wzdychałem, do innej Irenki pisałem listy. Młodszej, słodkiej i nieświadomej życia. Chciałem Ci pokazać świat, lecz nie zdążyłem. Straciłem osiem lat Twej młodości, lecz chyba egoistycznie pragnąłem, byś na zawsze pozostała taka, jaka byłaś w lecie 1937 roku. 

Miałeś być inny. Miałeś wrócić dumny i podrzucać mnie do góry z radości. Miałam rzucić Ci się w ramiona. Mieliśmy skakać, piszczeć, płakać, całować, bez opamiętania krzyczeć i śmiać się – jak dzieci. Lecz ani ja, ani Ty nie jesteśmy już dziećmi. 

– Żegnaliśmy się w wolnej Polsce, a witamy w Polsce umarłej, Irenko… 
– Nie, kochany… Poznaliśmy się w wolnej Polsce i w niej umarliśmy. 

Patrzę w Twoje oczy i już wiem, że nic nie będzie takie, jak dawniej. Musimy z tym żyć, kochana. Ty też to rozumiesz. Nachylam się i całuję Cię w szyję. W ułamku sekundy oplatasz ręce wokół mojego karku i przyciskasz swoje ciało do mojego. Czuję Twoje wargi na policzku, szczęce, skroni… Biorę Cię na ręce i zanoszę gdzieś przed siebie, gdzieś po schodach, gdzieś na łóżko. Moment – i nie mam na sobie koszuli. 

Nad lewym obojczykiem ślad po kuli. Przyciskasz mnie do siebie, całujesz i pieścisz, lecz kolejne rany i ślady wojny nie pozwalają mi o sobie zapomnieć. Są wszędzie: na twarzy, szyi, ramionach, brzuchu i nogach. Jak Tyś to zniósł? Czy to z miłości to wszystko przetrwałeś? Czy dlatego, bo trzeba? A jak z miłości – to do której z nas? 
Tak, pamiętam. Powiedziałeś mi kiedyś, że masz inną kobietę. Dla Niej dałeś się poćwiartować, a dla mnie to przeżyłeś. Teraz już to wiem – i obydwie czujemy się zdradzone. Ona by chciała, byś dla Niej zginął – ja pragnę, byś za Nią nigdy walczyć nie zaczął. 
I tak umarła – więc po co to było? 
Ale przecież ja też już umarłam. 

Jest już późna noc, a Ty szepczesz coś do mnie. To bełkot, nie rozumiem go, zwyczajne historyjki o niczym. Nie potrafię Cię słuchać, bo ogarnia mnie pustka rozczarowania i lęku – lęku przed tym, że nic już nie będzie takie, jak w marzeniach. 

– Irenko… Odpisałaś Ty coś do mnie wtedy? Wiesz, gdy łączniczka wpadła. Pisałaś? 
– Pisałam… 

Wstaję i zaczynam grzebać w szufladzie biurka. Mam tam wszystkie Twoje listy. Nie muszę ich zresztą trzymać – znam każdy na pamięć. Były dla mnie największym ukojeniem w te zimne, okupowane noce. O, to ten. 
Prostuję kartkę i patrzę na nakreślone na szybko słowa – brudnopis. Plamy z atramentu, ślady łez, rozedrgana ręka autorki – to wszystko przypomina mi, jak bardzo za Tobą tęskniłam i jak bardzo pragnęłam Twego powrotu, który okazał się rozczarowaniem. 
Czytam Ci na głos. 

Tadeuszu ukochany, 
Jakże mogłabym o Tobie zapomnieć? Jakże mogłabym przestać Cię kochać? Musiałabym wtedy i przestać oddychać. Jakże mogłeś posądzić mnie o coś takiego – czyżem nie dała Ci prawdziwego dowodu miłości cztery lata temu? 
Tadeuszku mój kochany, z podziwem czytam listy Twoje o tym, co robisz. Jestem z Ciebie dumna. Która kobieta nie chciałaby mężczyzny tak dzielnego, sprytnego i jednocześnie tak odważnie śmiejącego się wrogowi w twarz? Podziwiam też, jak znosisz wszystko, co się wokół dzieje, presję oraz niebezpieczeństwo Twej pracy. (Tak, pani Zofia, jak widać, wyjaśniła mi zasady i podała instrukcje). 
Jest mi tu dobrze. Pani Zofia jest kochana, że się tak dla mnie naraża. Raz przecież, w czerwcu, wydarzyło się, że mogła przypłacić to życiem, lecz Bóg nad nami czuwa. Jestem wdzięczna Mu za każdy nowy dzień. 
Dziękuję Ci za podarunki. Szczerze mówiąc, mało mnie obchodzi ich pochodzenie – wbrew pozorom, mimo że wieś, to nie żyje się tu najlepiej. Każdy każdemu na ręce patrzy, a żeby wyżyć, to wszystko prawie sprzedać trzeba. 
Tadeuszku mój, tęsknię za Tobą tak bardzo, że nie jestem w stanie wyrazić tego słowami, a kocham tak mocno, że nie ukażą tej siły nawet czyny. Myślę o Tobie każdego dnia i każdej nocy, a pani Zofia się śmieje, że wszystkie okna zachuchałam od wzdychania. (To tak pół-żartem, coby nie wpaść w zbyt poważny nastrój – bo wiem, że w pracy nieczęsto masz powody do śmiechu). 
Kończę, bo pani Zofia krzyczy, że jak tak dalej pójdzie, to nasz „listonosz” będzie musiał list na raty donosić, bo taki obszerny. Jak się wreszcie spotkamy, to chyba mi się buzia nie zamknie – mam Ci tyle do powiedzenia! Kocham Cię najmocniej na świecie!!! 
Miłująca Cię Irena. 

Podnoszę niepewnie wzrok i patrzę Ci w oczy. Są zaszklone łzami. Mój Boże, Ty płaczesz…! Podchodzę do łóżka, na którym leżysz, i dotykam Twojego policzka. Jest poraniony, lecz już zabliźniony, a teraz spływa po nim łza, samotna i brutalna, bo ryjąca nowe bruzdy na pooranej przez wojnę twarzy. Policzek masz szorstki od wyrastającego na nowo, twardego zarostu. Gdy go dotykam, sięgasz po moją dłoń swoją okaleczoną ręką, podnosisz ją do ust i całujesz, a kolejne łzy spływają z Twych oczu. 
Przyciskam Twoją głowę do piersi – w nich chowasz twarz i płaczesz. Niewiele rozumiem z tego, co mówisz, to jakieś niepojęte dla mnie historie, są brutalne i bolesne. Nie mogę ich słuchać, lecz pozwalam Ci mówić. Opowiadasz mi wreszcie, co było dalej – jak Cię zdemaskowali i torturowali, lecz to nie Niemcy Cię tak urządzili. Nie, ich robota to tylko kilka blizn na twarzy, lecz głównie siniaki, potworne obrzęki na całym ciele, po których nie ma już śladu – jest tylko bolesne wspomnienie. 
Opowiadasz mi o czerwonych zwierzętach, które Cię potem pojmały i głodziły, zmuszały do ciężkich robót, a za nieposłuszeństwa lub milczenie tak obrzydliwie karały. Nie mogę tego słuchać, nie potrafię. Lecz nie mam serca, by Ci przerwać. 
Gdy zrzuciłeś ten ciężar i na moje barki, gdy skończyłeś swą opowieść, podniosłeś głowę, a na Twej twarzy nie było łez, jedynie ból. Spoglądam w Twoje oczy i czuję wreszcie, że żyjesz, jesteś tu, kochasz mnie i pragniesz, a ja Cię tak brutalnie rozczarowałam. 

Dlaczego płaczesz, kochana? Zasłaniasz usta dłonią, a policzki masz we łzach. Przestań, głupia, to już przeszłość, pozostały po niej już tylko wspomnienia oraz demony, które czasami nam będzie wysyłać. Jeśli mnie zechcesz, to razem je pokonamy. Musimy być dzielni. Uśmiecham się, a Ty odwzajemniasz uśmiech – dopiero teraz czuję, że żyjesz, że jesteś tu, kochasz mnie i pragniesz, a ja Cię tak brutalnie rozczarowałem. 



Nie chcieliśmy jutra. Wymagało życia; wymagało tego, by się zmierzyć z rzeczywistością. Jutro trzeba wstać i żyć… Nie, już nie żyć, bośmy pomarli; jutro j a k o ś t o b ę d z i e. Więc jutro trzeba nam wstać i j a k o ś b y ć. Mamy na to siłę? Tak, mamy – na bylejakość zawsze się znajdzie. Pochowałam chłopca osiem lat temu. Pochowałem dziewczynę gdzieś w ’37. Nosimy te dwa groby przy sobie. Niezauważalnie nadszedł mały koniec świata, lecz nasz Sąd Ostateczny trwać będzie jeszcze wiele, wiele lat. 
Niech czas będzie więc naszą pokutą. 

Przystojniej byłoby nie żyć. A żyć nie jest przystojnie, 
Powiada ten, kto wrócił po bardzo wielu latach 
Do miasta swojej młodości. Nie było nikogo 
Z tych, którzy kiedyś chodzili tymi ulicami, 
I teraz nic nie mieli oprócz jego oczu.[…] 
— Czesław Miłosz, Miasto młodości


* Obóz Narodowo-Radykalny „Falanga” – polska organizacja faszystowska, powstała wiosną 1935. Czytaj więcej...
** Czesław Miłosz Piosenka o końcu świata. 

Nad ranem

Śpisz jeszcze... Na twych rzęsach — skra drobna poranku.
Strachy śnią się twej dłoni — bo i drga i pała.
Oddychaj tak — bez końca. Czaruj — bez ustanku.
Kocham oddech twej piersi, ruch śpiącego ciała.

Ileż lat już minęło od pierwszej pieszczoty?
Ile dni od ostatniej upływa niedoli?
Co nas wczoraj — smuciło? Co jutro — zaboli?
I czy zabraknie nam kiedyś do szczęścia ochoty?

Przyjdzie noc o źrenicach zaświatowo łanich
I spojrzy — i zabije... Polegniem — snem czynni...
Jak to? Więc musim umrzeć tak samo jak inni?
Jak ci — choćby z przeciwka?... Pomódlmy się za nich...

Bolesław Leśmian, Nad ranem