dla wytrwałych

027. update

Minęło 10 lat, a widzę, że czasami ktoś tu jeszcze zagląda. Bardzo miło mi się czytało te komentarze. Niestety, Surowicy nigdy nie dokończył...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą » Czas: XX w.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą » Czas: XX w.. Pokaż wszystkie posty

4 września 2023

037. SUROWICA (27)

 To ostatni post z rozdziałem "Surowicy". Niestety więcej nie byłam w stanie napisać. Jeśli coś bym dziś zmieniła, to na pewno ten paskudny wątek różnicy wieku między głównymi bohaterami. Myślę, że dużo się zmieniło od tamtej pory w mojej świadomości, i dziś już po prostu nie sięgnęłabym po taki wątpliwie moralny wątek. Mimo wszystko, być może lektura tego sprawiła komuś przyjemność. Pozdrawiam :)


Rozdział XXVI

Iwan ewidentnie się tu zadomowił.

036. SUROWICA (25)

 Rozdział XV


Następnego dnia Iwan właściwie nie wychodził z pokoju. Zobaczyła go tylko dwa razy, raz, jak wyszedł do toalety, a drugi, jak dopadł spiżarnię i zaczął pożerać wszystko, co wpadło mu do rąk. Siedziała wtedy z Anielką w kuchni i piły razem herbatę. Anielka próbowała go zachęcić, by usiadł z nami, a potem zaproponowała mu normalne jedzenie, lecz nic nie odpowiedział i wrócił do pokoju z bochenkiem chleba pod pachą i dzbankiem kompotu w drugiej ręce.

035. SUROWICA (24)

 Rozdział XXIV


Pani Wiktoria zdecydowała się zrobić im niespodziankę i koło godziny jedenastej następnego ranka zawitała w ich progi. Gdy stanęła w drzwiach w tweedowej, czarnej marynarce i białej spódnicy do połowy łydki zdawała się już w tamtej chwili ciskać gromy samym spojrzeniem.

034. SUROWICA (23)

 Rozdział XXIII


Kolejna lekcja u korepetytorki wydawała jej się być tak skrajnie nudną, że rozważała udać atak epilepsji, byle tylko wydostać się na zewnątrz. Nieszczególnie interesowały ją typy koniugacji w łacinie, a już z pewnością znużyła ją lekcja poświęcona utworom świętego Franciszka z Asyżu. Płacz ściskał gardło Emilki na myśl, że czeka ją jeszcze wiele miesięcy podobnych przygotowań.

031. SUROWICA (20)

 Rozdział XX


Wieczorem znów przybłąkał się pijak. Emilka otworzyła mu drzwi na długość łańcucha zabezpieczającego i skrzywiła się, czując od niego smród wódki.

030. SUROWICA (19)

Rozdział XIX


 Emilka nie miała pojęcia, jakie imię nadać pieskowi, więc wybrała dla niego po prostu: Szczeniak. Został wykąpany, co przysporzyło mu wiele traumatycznych wspomnień, a Emilka, szorując potem swoje cuchnące psimi wydalinami dłonie, nabrała nieco sceptycznego stosunku do wizji posiadania małych dzieci. Postawiła pudełko po butach przy swoim łóżku, ułożyła tam stary koc i nie mogła zasnąć, wpatrując się w swojego włochatego towarzysza, oświetlonego jasnym światłem księżyca w pełni.

029. SUROWICA (18)

 Rozdział XVIII


Weszła do czeladnej i przymknęła drzwi. Przy stole siedzieli Krzyś i pan Staś. O ile pan Barzycki wyglądał na bardzo spokojnego i nawet nie poderwał głowy znad papierów, kiedy weszła, o tyle jej brat wyglądał na trochę zszokowanego, a trochę przerażonego.

6 kwietnia 2013

024. PANDEMIA (0, 1)

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda, ale mam dla Was jedyne dłuższe niż piętnaście stron opowiadanie, które udało mi się zakończyć. Umieszczone zostało w pewnym fandomie, jednak właściwie nie działo się w jego realiach i wystarczyło zmienić imię i nazwisko głównego bohatera. Spotkało się ze sporym entuzjazmem dwa lata temu, gdy ją pisałam, a właściwie trzy. Może nie jest tak dobrze dopracowane jak Surowica przynajmniej w moich oczach; styl także pozostawia wiele do życzenia a fabuła ma trochę błędów zarówno logicznych, jak i kompozycyjnych, oraz jest mocno naiwna w kreacji bohaterów i publikuję to tylko i wyłącznie dla Was, gdyż nie wiążę z tym tekstem przyszłości. Taka o historyjka: dramat/romans/thriller.
Miłej lektury.



PROLOG

Jesień 1918


Jamesie,
Piszę do Ciebie, choć jestem świadoma, że nie uzyskam żadnej odpowiedzi. Nigdy Cię nie zapomnę. Wciąż żyję głupią nadzieją, że pewnego dnia zapukasz do moich drzwi, uśmiechniesz się tak, jak masz w zwyczaju, i zaproponujesz spacer. Ciągle karmię swoje serce naiwnymi wizjami naszych wspólnych wieczorów, chociaż czuję, że to żałosne.

20 lutego 2013

023. Róża, róże i biały królik

Dziękuję za głosy w ankiecie, niewątpliwie wezmę je pod uwagę. Tymczasem zapraszam Was na opowiadanie, które trzymam "w zanadrzu" od właściwie dwóch lat. Miłej lektury.


Róża, róże i biały królik


Rojza nie chciała jej wierzyć, ale Hania wiedziała, co widziała, a była to rzecz niezwykła. Działo się to w listopadzie 1942 w getcie warszawskim.
Brat Hani, Antek, uparcie twierdził, że jest szalona, niepoważna, że powinna skończyć z bajkami i wreszcie dorosnąć, lecz każdy przejaw braku wiary ranił dziewczynkę jeszcze mocniej, o czym Antek nie miał pojęcia. Był kochającym bratem i chciał dla niej jak najlepiej, pragnął za wszelką cenę uratować siostrzyczkę z tego piekła. Nie tylko dlatego, że o to poprosiła go matka przed śmiercią. Chciał, by chociaż ona stała się wolna i szczęśliwa.

16 stycznia 2013

021. Bez końca I. Koślawy

Domyślam się nieskromnie, że wolelibyście zobaczyć tu kolejny rozdział "Surowicy", ale z przyczyn mnogich i zbyt nieokreślonych, by się nimi dzielić ze światem, na razie jej nie ma (co zresztą widzicie bez potrzeby czytania tego wstępu). Osobiście najchętniej podzieliłabym się z Wami wszystkim, co mam aktualnie naskrobane, jednak nie jest to dobry pomysł.
Piszę w żółwim tempie, chociaż, co jest naprawdę sporym sukcesem, udało mi się ostatnio wypocić ze dwie strony. Nie jest tak, że Emilka i Iwan w jakikolwiek sposób mi się znudzili czy, niedajboże, umarli w mojej głowie, nie musicie się martwić. Mam po prostu zbyt zajętą sprawami przyziemnymi i podniebnymi głowę, by móc cokolwiek sensownego tworzyć, a w każdym razie tworzyć cokolwiek z ciągiem przyczynowo-skutkowym, a niestety ta historia tego wymaga do zachowania jako-takiej jakości.
Sprawą przyziemną jest oczywiście matura i próba zachowania życia towarzyskiego, a podniebną - dziwne nastroje, które mnie ostatnimi czasy nawiedzają, zwykle niespecjalnie pozytywne. Nie mogą się kisić, bo zaczynają we mnie śmierdzieć i fermentować w alkohol, a to nie wpływa pozytywnie na moją koordynację myślową i sprawność psychiczną. 
Dlatego rozpoczynam serię miniaturek "Bez końca". Skąd nazwa serii? Bo, po pierwsze, jedynym wspólnym mianownikiem będzie to, że historie pozostawię z otwartym zakończeniem. Cała reszta to kwestia moich randomalnych upodobań (randomowych?). Zarówno w kwestii klimatu, miejsca, czasu, bohaterów... Wolna amerykanka. Będą krótkie, spontaniczne i nie zamierzam skupiać się na ich wielokrotnym poprawianiem, bo już z góry wątpię w ich wartość artystyczną. Ot, takie odmęty mojego umysłu.

23 grudnia 2012

020. SUROWICA (16)


Rozdział XVI

Testament


Jakiś czas po tej rozmowie zadzwonił Krzyś. Brzmiał bardzo nerwowo i wydawał się być zezłoszczony. Emilka próbowała go uspokoić, lecz bezskutecznie.

13 listopada 2012

019. SUROWICA (15)

Miło mi, żeście się o mnie upomnieli. Rozdział pojawia się później o miesiąc, niż w planie początkowym, jednak wynika to z tego, że nie napisałam słowa od 1-ego września. Wiązać się też z tym będzie rzadsze wstawianie kolejnych rozdziałów, przynajmniej co 3 tygodnie. Boję się zwyczajnie, że nie wystarczy mi ich do matury...
Tym rozdziałem rozpoczynam część drugą opowiadania. Dlaczego podzieliłam? Myślę, że z czasem nietrudno będzie zauważyć, jak wielka przepaść jest pomiędzy rozdziałem XIV i XV. I nie mówię tu o czasie, który minął. Ta część jest sporo dojrzalsza i mocno smutniejsza. Sądzę także, że o wiele lepiej dopracowana, ale może to tylko pobożne życzenie. Z całą pewnością ten rozdział powstawał, gdy wiedziałam coś nie coś, na czym się skupić i co podciągnąć. Liczę, że mi się udało.
Miłej lektury, kolejny rozdział za przynajmniej 3 tygodnie.


Rozdział XV

Niewiadome 

Lato 1934
Zdarzają się takie ciepłe letnie dni, kiedy marzymy, by czas zatrzymał się w miejscu i nigdy nie ruszył dalej. Niebo jest czyste, chociaż czasami pełzają po nim tłuściutkie, leniwe obłoczki, białe jak wata cukrowa i piękne jak zimowy wschód słońca. Kiedy Emilka była bardzo małą dziewczynką, marzyła, by wznieść się w powietrze i wylądować na takim obłoczku, poczuć pod stopami miękki puch i spróbować, jak smakuje. Kilka lat później ktoś mądry uświadomił jej, że chmura wcale nie jest słodka i sucha, a już z całą pewnością nie utrzymałaby ciężaru jej ciała. Nie chciało jej się w to wierzyć i do dziś zamykała oczy, wyobrażając sobie ciepłą, miękką watę pod podeszwami stóp, a stamtąd — widok na cały świat.

11 września 2012

018. SUROWICA (14)

Zapraszam na ostatni rozdział I części Surowicy przed ponad miesięczną przerwą. Rozdział 15 pojawi się w połowie października. Oceniające proszę o ocenę, jest to przerwa zamierzona. Miłej lektury...

Rozdział XIV

Ostatnia wieczerza 



Bal miał się odbyć na jednym z podpuławskich salonów. Samo dotarcie w to miejsce zajęło im dwie godziny, jednak całą drogę Emilka przespała, a gdy się obudziła, ból ustał. Zaproszenie dostali od dalekiego kuzyna matki, z którym pewnie łączyło ich niewielkie powinowactwo krwi, lecz Elżbieta bardzo go lubiła i zawsze mówiła o nim tylko dobre rzeczy.
— Bądź miła dla pana Radziejowskiego — pouczała ją, gdy wsiadały do powozu, a potem powtórzyła przy wysiadce. — To bardzo miłe z jego strony, że nas zaprasza, a wcale nie musi, a jeszcze oprócz tego zorganizował nam dojazd, nocleg i wszystko… Krzysiu, nie ociągaj się, tylko wyskakuj… Ciebie też to dotyczy! Pamiętajcie o manierach, których was uczyłam. To bardzo ważne, ludzie mogą się nam przyglądać i nas oceniać.
Emilka poczuła, że coś ścisnęło ją w żołądku na myśl o ludziach, którzy zamierzają ją oceniać. Podniosła głowę i zobaczyła piękny, symetryczny, wybudowany w klasycznym stylu mały pałacyk, oświetlony wysokimi lampami i światłem księżyca. Większość widoku zasłaniało jej ogrodzenie i brama otaczające posiadłość, ale z daleka już zobaczyła, że przed schodami zebrało się mnóstwo osób.
— Powiem ci, Emilko, że właściwie z panem Radziejowskim wiąże się całkiem zabawna sytuacja. Wyobraź sobie, że uczył on naszego Iwanka na Uniwersytecie Wileńskim… Pewnie nie słyszałaś tej historii? Zapytaj go kiedyś, to bardzo zabawne, jak się poznali…
— Pan Iwan studiował na uniwersytecie? — zapytała zaskoczona.
— Tak — odrzekła matka, coraz mniej skupiona na rozmowie, wyciągając szyję do góry, by lepiej widzieć. — Filozofię czy teologię, a może metafizykę… Nie pamiętam. Ale szybko zrezygnował.
— Nie wiedziałam — rzuciła, ale Elżbieta już jej nie słyszała. Wyszeptała coś, co brzmiało: „Mój Boże, to chyba Ewa Zalewska!” i aż pisnęła, nie wiadomo czy z radości czy przerażenia.
Gdy weszła z matką, Krzysztofem i Małgorzatą (ciotka, babka i dziadek stali przy powozie i rozmawiali o czymś ze Stasiem i Tadeuszem) na plac przed schodami, zaparło jej dech w piersiach.
Cały budynek ułożony był w kształcie litery U, z czego ramiona po lewej i prawej podparte były kolumnami, a zamiast piętra parterowego stworzono podłużne, osłonięte od zewnętrznej strony tarasy. Marmurowe schody części centralnej zajmowały połowę szerokości budynku. Ściany w kolorze kości słoniowej w wielu miejscach pokrywały płaskorzeźby i chociaż z daleka nie widziała, co przedstawiają, można było dostrzec, że ktoś, kto to zrobił, wykonał bardzo misterną robotę. Stylowe lampy naftowe rzucały chybocące światło na ściany, okna i bruk pokrywający plac.
 Ogrodzenie, od strony zewnętrznej wyglądające bardzo niepozornie, w środku było niesamowite. Obrośnięte bluszczem, który z pozoru wydawał się być niestrzyżony i puszczony wolno, otoczono pięknymi ogrodami w stylu angielskim. Kręte ścieżki prowadziły pośród wysokich traw i gęstych krzewów, które zimą zamiast kwiatów pokrywał śnieg. Po prawej stronie od wejścia stała drewniana altanka z ławeczkami i stolikiem, po lewej — skromna szopka z postaciami oryginalnych rozmiarów i żywymi zwierzętami. Przed wejściem stała trójka dzieci ubranych bardzo nieadekwatnie do swojego wieku, próbujących jakoś ukryć swoją ekscytację, lecz z dosyć miernym skutkiem. Gdy osiołek podszedł do drewnianego płotu oddzielającego stajenkę od reszty placu, dwaj chłopcy i dziewczynka skulili się i odeszli szybkim krokiem.
Gdy Emilka szła główną ścieżką, mijała naprzemiennie po swojej lewej i prawej kamienne płyty, z wyrytymi na złoto sentencjami łacińskimi, takimi jak Non scholae sed vitae discimus, Animos labor nutrit lub Quidquid Latine dictum sit, altum videtur. To ostatnie musiał umieścić ktoś o dosyć ciekawym poczuciu humoru.
Część zebranych weszła już do środka, jednak na zewnątrz wciąż stali ludzie. Emilka zerknęła przelotnie na ich kreacje i jej żołądek znów się skręcił na widok pięknych, drogich sukni i fraków, które aż krzyczały z bogactwa i przepychu. Ucisk nieco zelżał, gdy przypomniała sobie, że jej strój jest niewiele gorszy, chociaż wciąż czuła się źle w takim towarzystwie.
— Podoba się? — usłyszała tuż nad uchem niski głos mężczyzny. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała pana Stasia, który spoglądał na nią z uśmiechem. — Pięknie to wygląda, prawda?
— Tak, prawda — przyznała, czując w nozdrzach silny zapach wody kolońskiej. Spojrzała na swojego rozmówcę z uwagą. Nagle uświadomiła sobie coś, w co trudno jej było jak dotąd uwierzyć: był bardzo przystojnym mężczyzną, w szczególności w garniturze, który miał na sobie. Jego kocie oczy wydawały się chłodne jak zawsze, lecz dotarło do niej, że dodają tej twarzy dużo powagi i wyniosłości, która skojarzyć jej się mogła jedynie z urodą Małgorzaty.
— Mam nadzieję, że będę miał okazję z tobą zatańczyć, Emilko — rzekł pan Staś, mierząc ją uważnym spojrzeniem — i że tym razem nie będziesz już się wymigiwać od rozmowy ze mną.
— Nie wymiguję się — powiedziała szybko, a na twarzy poczuła nieprzyjemne gorąco.
Pokiwał głową i uśmiechnął się, lecz ten uśmiech dał jej do zrozumienia, że pan Staś nie jest ani ślepy, ani głupi. Odszedł dalej, by zapytać o coś matkę Emilki, a chwilę potem podeszła do niej Małgosia, a właściwie Małgorzata, gdyż wyglądała zbyt dorośle i niezwykle.
— Mój Boże, ale wstyd. Moja matka zaczepiła obcych ludzi i opowiada jakieś głupoty…
Kuzynka wyglądała na bliską płaczu.
— Nie przejmuj się — odpowiedziała jej Emilka, uśmiechając się ze zrozumieniem. — Nikt tego nawet nie zapamięta.
— Oby — westchnęła jej towarzyszka i wyciągnęła szyję, by się rozejrzeć. Chwilę potem nadeszli także Tadzio z Krzysiem, śmiejąc się na głos i poszturchując. — Boże, jak dzieci. Ale będzie wstyd dzisiaj.
Emilkę zirytowało trochę jej sztywne podejście, ponieważ w jej oczach chłopcy nie robili nic, co mogłoby zostać uznane za niegrzeczne. Obaj podeszli do dziewcząt i uśmiechnęli jeszcze szerzej jak na komendę.
— Mój Boże, kuzynko, wyglądasz strasznie poważnie — śmiał się Krzyś, poklepując Małgorzatę ją po ramieniu. — Zrelaksuj się. Będzie wspaniale!
— Nie, nie zrelaksuję się, głąbie. Zostaw mnie — fuknęła i odeszła szybkim krokiem, zostawiając po sobie zapach swoich perfum. Chłopcy patrzyli za nią kilka chwil, aż Tadzio przeniósł spojrzenie na Emilkę.
— Dobrze się już czujesz?
— Tak, znacznie lepiej. Tadziu, mogłabym cię prosić na słówko? — zapytała, chcąc wreszcie poruszyć temat pana Stasia. Krzysztof oderwał zmartwione spojrzenie od Małgorzaty i spojrzał na swoją siostrę ze zdziwieniem. Tadeusz zgodził się bez wahania i odeszli w miejsce, gdzie nikt z ich znajomych nie mógł ich słyszeć. Emilka rozejrzała się, chcąc się upewnić, czy może mówić swobodnie, i spojrzała kuzynowi w błękitne oczy. Uświadomiła sobie, że właściwie nie wie, od czego zacząć.
— Tadziu… Mam parę pytań do ciebie na temat twojego przyjaciela…
Twarz Tadeusza nagle zmieniła się i miejsce wyczekiwania zajęła dziwna wesołość.
— Słucham, co chcesz wiedzieć?
— Tadziu, nie będę udawać, że nic nie wiem. On chce się oświadczyć, prawda? — zapytała, samej już nie wiedząc, co chce usłyszeć w odpowiedzi.
— No, cóż… Wszyscy w rodzinie już wiedzą, ty też powinnaś — przyznał. — Tak, z takim zamiarem tu przyjechał.
— Przecież dopiero co mnie poznał! Dopiero teraz. Dlaczego akurat ja? Skąd wiedział, że chce akurat mnie? Tadziu, nie rób takiej miny, tylko mi powiedz!
Tadeusz był wyraźnie zmieszany.
— To dobry człowiek — zaczął szybko mówić, jakby bał się, że Emilka mu przerwie. — Wydawać się może trochę chłodny, ale ma dobre intencje, nie rozumiem, skąd ta podejrzliwość…
— Tadziu! Nie rób ze mnie idiotki! — warknęła, rozglądając się, czy nikt nie idzie w ich stronę. — Wiem, że coś jest na rzeczy.
Wbrew oczekiwaniom Małgosi, Tadeusz wcale nie był taki chętny w powiedzeniu prawdy.
— Nie mogę ci powiedzieć wszystkiego, żebyś go zbyt pochopnie nie oceniła. Ale zaufaj jemu… i mi. Nie oddałbym cię w niepewne ręce.
— Nie oddałbyś mnie?! A co ty masz do gadania! — zirytowała się. — Co ty myślisz, że ja się tak łatwo dam?! Tu nie chodzi o mnie, prawda? Tu chodzi o mojego ojca!
Tadeusz obruszył się.
— Kto ci nagadał jakichś bzdur?! To ona, tak? Wiedziałem, że coś poprzekręca, widziałem jej minę!
— A co poprzekręcała?
— Posłuchaj mnie, Emilko — zaczął Tadzio, po raz pierwszy w życiu zwracając się do niej tak poważnym tonem. — Nie wiem, kto rozgaduje bzdury w tym domu, ale nie powinnaś ich słuchać. Nie masz powodów do podejrzliwości. Zobaczył cię na zdjęciu i mu się spodobałaś. Mówiłem ci już. Wziął twoje rozmiary od cioci Eli i zamówił sukienkę. Miał ci ją dać, jeśli okazałabyś się… odpowiednia. Polubił cię, a twoje zachowanie względem niego — nie myśl, że nie widzę — jest szczytem braku smaku. Otrząśnij się wreszcie, kuzyneczko, bo czasami mam wrażenie, że żyjesz w jakimś swoim świecie, w którym każdy będzie cię błagał o sympatię bez względu na twoje podejście…
— Nieprawda! — syknęła ze złością.
— Wiecznie obrażona, ciągle coś nie tak, a to płacz, a to panika, tupanie nogą i izolowanie się. Jeśli tak lubisz — twoja sprawa, ale pomyśl czasem o innych. A teraz pozwól, że już pójdę.
— OSIOŁ! — krzyknęła za nim, czując się dotknięta jego słowami do żywego. Otarła łzy, które uroniła ze złości, i westchnęła głęboko.

Została przedstawiona razem z Krzysiem panu Radziejowskiemu kilka chwil później. Był to mężczyzna o bystrym, dobrym spojrzeniu i poczciwym wyrazie twarzy, który jednak nie odbierał mu powagi. Szczękę i policzki pokrywała dosyć krótka, siwa broda, prawdopodobnie dodająca mu kilka lat.  Przywitał ich oboje, nie szczędząc uprzejmości i wspominając Krzysia jako małego chłopca. Nie poświęcił na to zbyt wiele czasu, lecz Emilka nie miała starszemu panu tego wcale za złe — wyglądało na to, że należał do bardzo znanych osobistości.
Gdy nareszcie weszli po ogromnych schodach pałacyku do środka, Emilka niemalże oniemiała. Wnętrze budynku było jasne i przepełnione marmurami. Na podłodze przeplatał się on z granitem, tworząc piękne, niepowtarzalne wzory; wypolerowano go do tego stopnia, że widziała swoje odbicie, patrząc pod nogi. Przeszli przez korytarz o wysokim stropie, którego prawie nie dało się dostrzec spomiędzy ogromnych, gęsto rozsianych kryształowych żyrandoli. Wytapetowane w pasy ściany zakrywały portrety dumnych, wyprostowanych osób, spoglądających na gości wzrokiem pełnym pogardy, obojętności lub chłodu. Najstarsze portrety sięgały szesnastego wieku, a na nich widnieli nieco otyli szlachcice z rubasznym wyrazem twarzy — niczym z karykatury — oraz ich piękne lub mniej żony, z dłońmi złożonymi skromnie na podołku. Krzyś zaczął coś jej szeptać o Hieronimie Radziejowskim, lecz była zbyt zafascynowana bogactwem, które mogła podziwiać, by cokolwiek zrozumieć z wykładu.
Przeszli dalej, do sali balowej.  Była ogromna, lecz tak przepełniona ludźmi, że trudno było Emilce zauważyć cokolwiek poza eleganckimi frakami i różnorodnymi sukniami. Połowa sali była odgrodzona czerwoną kurtyną, za którą co jakiś czas przechodziła służba lub kelnerzy. Przepchała się do ściany po przeciwnej stronie od wejścia i jej oczom ukazał się piękny obraz, szeroki na przynajmniej cztery metry, a wysoki na dwa. Przedstawiał ubraną po francusku rodzinę z końca osiemnastego wieku, siedzącą przy stole i ucztującą, obsługiwaną przez służbę i delektującą się jedzeniem. Co ją zupełnie rozbawiło, obraz swoją kompozycją przypominał „Ostatnią wieczerzę”. Ojciec, mąż i jednocześnie głowa rodziny siedział w centralnej części obrazu i w połowie stołu, wyprostowany i dumny, z jedną ręką pod tłustym bokiem, a w drugiej ściskając kieliszek wina i spoglądając w dal wyniosłym wzrokiem. Po jego prawicy siedziała żona, absolutnie paskudna kobieta z równie okropną peruką na głowie, wydającą się jeszcze większą ze względu na chudość i drobność budowy jej właścicielki. Spojrzenie pozbawione wyrazu skierowała na męża, jakby dając do zrozumienia swój wiernopoddańczy sposób bycia. Po obydwu stronach małżeństwa zasiadały dzieci, a było ich łącznie jedenaście, w różnym wieku, lecz żadne się nie wyróżniało, a wszystkie przybrały ten sam, pusty wyraz twarzy.
Pod obrazem, tuż przy ścianie, stał długi na dziesięć metrów stół szwedzki, przy którym zbierali się ludzie, by wypić szklankę wina lub skosztować przekąsek.
Sufit był, tak jak w przypadku korytarza, prawie całkowicie zasłonięty przez kryształowe żyrandole, ściany na sali balowej jednak nie pokrywała tapeta — były zwyczajne, pobielane. Nie szczędzono im jednak ozdób. Serki portretów i portrecików, trofeów myśliwskich: poroży, kłów dziczych, głów niedźwiedzich, skór lisich i wypchanych bażantów zdobiło całą salę, nadając jej nieco sarmacki posmak. Dostrzegła także pomiędzy nimi pistolety na proch sprzed trzystu lat, szable zakrzywiane i proste, karabele, szpady, karabiny z okresu napoleońskiego, krótkie, damskie rewolwery, a potem pięknie zdobiona broń już dwudziestowieczna, hiszpańska, francuska, brytyjska i niekiedy polska.
Chcąc odwrócić uwagę od coraz bardziej męczących szczegółów, zaczęła szukać w tłumie Małgorzaty, lecz nikogo ze znajomych nie mogła odnaleźć. Podeszła do stołu i zanim ktokolwiek jej się przyjrzał, wypiła kieliszek czegoś, co stało najbliżej jej dłoni. Smakowało obrzydliwie, ale po kilku chwilach nieco się uspokoiła, przytłoczona przez ilość zdobień i niemych przechwałek znamienitej sali balowej.
Nagle rozległ się dźwięk dzwonka i na sali powoli ustawały rozmowy. Gospodarz zaczął przemawiać, stojąc na lekkim podwyższeniu, z orkiestrą za swoimi plecami. Przywitał gości i po krótkim wstępie zaprosił wszystkich do tańczenia i jedzenia.
Kotara powoli podniosła się, ściągana przez dwóch lokajów. Musiała być bardzo ciężka, bo sznur, który ściskali w dłoniach, był zupełnie naprężony i wyślizgiwał im się z dłoni. W końcu zaczepili jego końce na hakach po bokach ściany i odeszli. Emilka stawała na palcach by zobaczyć, co znajdowało się w tamtej części, lecz nie mogła nic dojrzeć. Tłum powoli zaczął się rozrzedzać, część osób przeniosła się do wolnej części sali, a razem z nimi Emilka. Okazało się, że znajdują się tam mniejsze i większe stoliki, a każde miejsce oznaczone było imieniem i nazwiskiem, często poprzedzone godnością. Przy jednym ze stolików zobaczyła Krzysia, który odnalazł ją wzrokiem i pomachał ręką. Przeszła pomiędzy kilkoma okrągłymi i paroma dłuższymi stolikami, aż stanęła tuż obok brata, który stukał palcem w naszywkę z jej imieniem.
— Tutaj, Ewelinko — roześmiał się, wskazując na błąd.
— To może to nie moje.
— No, przecież nie usadziliby cię z dala od rodziny. Siądźmy, dobrze? Już mam dosyć sterczenia w tłumie tych sztywniaków. Prawie udusiłem się tam od mieszanki perfum… będę śmierdział chyba do Wielkanocy.
Krzyś odsunął jej krzesło i pomógł usiąść, po czym sam zajął miejsce obok. Dwa pozostałe siedzenia były zarezerwowane dla Małgosi i Gabrysi. Emilka przyjrzała się bogato zdobionej zastawie stołowej, błyszczącym srebrnym sztućcom i haftowanym ręcznie obrusom. Czuła coraz silniejszy dyskomfort na widok takiego przepychu.
Siedzieli w ciszy parę chwil, aż stoliki zaczęły się zapełniać, a razem z nimi talerze. Na pierwsze danie zjedli nadziewanego szpinakiem i rokpolem indyka, potem rozłożono wszelkiego rodzaju szynki, wędliny i pieczenie. Małgosia wyglądała na mocno zażenowaną zachowaniem swojej matki, a przez to zażenowanie nie należała do zbyt rozmownych; Gabrysia jak zwykle siedziała w milczeniu, więc rozmawiali ze sobą tylko Krzyś i Emilka, ironicznie komentując każdy szczegół wieczoru, najwięcej jadu wylewając jednak podczas rozmowy o obrazie.
Coraz więcej osób pojawiało się na parkiecie. Krzyś próbował wyciągnąć Małgorzatę, lecz w odpowiedzi obdarzyła go tak mroźnym spojrzeniem, że uciekł do męskiego stolika, który zajmowali Tadzio, pan Staś i dwóch innych mężczyzn w ich wieku. Emilka trochę bała się, że komukolwiek przyjdzie do głowy zaproponować jej taniec, więc postanowiła zniknąć im z oczu. Poprosiła Małgosię o spacer, lecz ona odpowiedziała jej coś nieuprzejmym tonem i utopiła wzrok w roladzie mięsnej.
Wzięła za rękę Gabrysię, by nie snuć się bez powodu pomiędzy stolikami, i spacerowały powoli, przyglądając się ukradkiem gościom. Siedziały tam osoby o najróżniejszym stanie majątkowym — niektórzy wyglądali na równie bogatych, co gospodarze, inni sprawiali wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu byli w tak eleganckim miejscu i nie bardzo wiedzieli, jak powinni się zachować. Przy niektórych stolikach rozmawiano tonem pełnym inteligenckiego chłodu na takie tematy jak rabacja galicyjska, winkelriedyzm i inflacja, przy innych wybuchano głośnym, rubasznym śmiechem, gdzie indziej kobiety rozprawiały z zapartym tchem o najnowszej modzie. W zależności od miejsca czuła coraz to nowe zapachy: raz pomieszane wonie wód kolońskich, innym razem mocne piżmowe perfumy, gdzie indziej dziwny zapach zimnego żelaza albo jakby delikatny powiew wsi, który kojarzył jej się z jej własnym domem. Nie był to zapach łajna, ale świeżego siana, stęchłego drewna i kurzych piór.
Gdy przechodziła obok stolika zajętego przez dwie starsze od niej o dziesięć lub może więcej lat kobiety oraz mężczyznę koło trzydziestki, zerknęła na naszywkę przy pustym miejscu i oniemiała.
— Przepraszam — wypaliła, przerywając grupce roześmianych, cuchnących tytoniem młodych ludzi — czy znają państwo może pana Iwana?
Musiała wyglądać dosyć niewinnie i z całą pewnością niepoważnie, ściskając za rękę zawstydzoną Gabrysię. Jedna z kobiet, o krótkich włosach za ucho i prostej grzywce opadającej na brwi, przeniosła swoje ciężkie, duże oczy z pewną dozą nieuprzejmego zdziwienia.
— A ty czego o to pytasz?
Brzmiała gorzej niż chłodno. Druga, o drobnej, brzydkiej twarzy roześmiała się i poklepała swoją koleżankę po dłoni.
— Daj spokój, Dociu, czemu taka jesteś. Znamy go, a dlaczego pytasz?
— Ja… czy pan Pietruczuk tutaj… dzisiaj będzie?
Docia zaciągnęła się papierosem i zamrugała.
— Może — odrzekła. — A jak tak, to przekażę mu, że jakaś wsiowa dziewczyna się nim interesowała.
Emilka zamarła. W przeciągu chwili krew napłynęła jej do twarzy, a gardło zacisnęło się, nie pozwalając wydobyć chociażby dźwięku. Zacisnęła drobną dłoń Gabrysi, myśląc o swojej drogiej, paryskiej sukience, którą miała na sobie, i zastanawiając się, dlaczego została tak okropnie oceniona.
Koleżanka Doci nagle zrobiła oburzoną minę, lecz jakby z opóźnionym zapłonem, i fuknęła:
— Jesteś okropna! Jak mogłaś!
Docia przewróciła oczami i strzepnęła dym z papierosa.
— Myśli, że jak się odzieje w drogą sukienkę i wypryska tanimi perfumami, to nie będzie czuć gówna.
Nim do dziewczyny dotarł sens tych słów, mężczyzna, który jak dotąd siedział bez słowa, uderzył dłonią w stół.
— Skończ już humory, na litość Boską! — prawie krzyknął, a Docia zgasiła peta i obrażona odeszła od stolika, zostawiając swoich przyjaciół na wpół zszokowanych, na wpół zażenowanych.
— Przepraszam — powiedziała druga kobieta. — Nie miała na myśli…
— Chodź, Gabrysiu — wychrypiała Emilka, odchodząc. Kilka chwil później usadziła dziewczynkę obok jeszcze bardziej nadąsanej Małgorzaty i sama usiadła naprzeciw. — Małgosiu, czy ja śmierdzę gównem?
Kuzynka wyglądała na tak zaskoczoną pytaniem, że zaprzestała fochów i poderwała głowę. Patrzyła na nią przez chwilę, aż się szczerze roześmiała i odpowiedziała:
— Emilko, co za bezpośrednie pytanie!
— Czy ja śmierdzę? — powtórzyła Emilka bliska płaczu. — Powiedz mi.
— Nie — odrzekła Małgosia, zauważając dziwny ton. — Co, ktoś ci coś nagadał?
Emilka pokiwała głową, czując łzy w oczach.
— Nie słuchaj, tu są same bufony. Każdemu powiedzą to samo. Ja na przykład dzisiaj usłyszałam, że moja matka wygląda jak spasiona kwoka w cekinach.
— Bo to prawda — odpowiedziała bezmyślnie Emilka. Zapadła chwila ciszy. Kiedy dotarło do niej, co właśnie powiedziała, nie miała już odwagi podnieść wzroku. Małgorzata wstała i biorąc Gabrysię za rękę, bez słowa wyprowadziła ze stolika.
Tak została sama.
Kilka chwil później, po podkradzionym Małgorzacie kieliszku wódki, dosiadła się do niej przyjaciółka Doci.
— Nazywam się Teresa, mówią na mnie Teska — rzekła uprzejmym tonem. — Przepraszam cię za to, co powiedziała moja koleżanka. Ona czasami tak się zachowuje.
Emilka nie odpowiedziała, patrząc na swoje dłonie.
— Wiem, co sobie myślisz, ale wcale nie wyglądasz na wieśniaczkę, tak sobie po prostu powiedziała. Docia tak ma. Nie chcę, byś wzięła to za bardzo do siebie.
Teresa wydawała się brzmieć szczerze i współczująco, więc dziewczyna odważyła się podnieść wzrok.
— Skąd znasz naszego kochanego Iwanka? — zapytała po chwili kobieta, zapalając papierosa.
— Właściwie to nie znam — odrzekła Emilka, skubiąc krawędź haftowanego obrusu. — Ale czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć o nim co innego?
Teresa zaśmiała się cicho.
— Chyba nie… Może poza jego kochanym wujem — przyznała.
Emilka podniosła głowę.
— Wujem?
— No, wujem, nie-wujem, właściwie to chyba przyjaciel jego ojca.
— Pan Michalczuk?
— Może… Nazywał się… jakoś na „A”. Anzelm?
— Antoni.
— Tak. On zna go od narodzin. Znał jego matkę. Wie o nim chyba wszystko.
— Oni mają jakiś… zatarg, prawda?
— Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia — rzekła Teresa po chwili zastanowienia. — Nie pytam Iwanka o takie szczegóły, bo zwykle się bardzo denerwuje na wspomnienie wuja. Teraz powiedz, skąd go znasz.
Emilka zmieszała się.
— To taki… przyjaciel rodziny, czasami go spotykałam w dzieciństwie i… skojarzyłam nazwisko.
Teresa pokiwała głową, wpatrując się w naszywkę z imieniem Emilki. Porozmawiały jeszcze chwilę na temat balu i wystroju sali, po czym odeszła do swojego stolika.
Nim zdążyła przetrawić to wszystko, co usłyszała, do stolika dosiadł się Tadzio.
— To na mnie się boczysz?
Pomyślała przez chwilę, mierząc go wzrokiem.
— Tak — skłamała, nie chcąc dzielić się z nim swoimi przeżyciami.
— No, to chodź potańczyć — zaproponował, łapiąc ją za rękę ze śmiechem i próbując zmusić to wstania. Nie potrafiła mu odmówić i spędziła kilkadziesiąt następnych minut ze swoim bratem i kuzynem.
Nie mogła też powstrzymać się przed rozglądaniem po sali w poszukiwaniu pana Iwana, lecz ten wieczór pozostał dla niej rozczarowaniem. Ciągle zapominała, że on zawsze postępował inaczej, niż się tego spodziewała.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

2 września 2012

016. SUROWICA (13)

Kliknij tutaj, aby przeczytać notkę upamiętniającą wybuch II wojny światowej.

Dzisiaj krótko. Na dniach powinnam wstawić zaktualizowanego ebooka Surowicy. Dodatkowo przeprowadziłam na tym opowiadaniu wczoraj dosyć poważną operację, mam nadzieję z pozytywnym skutkiem. W szczególności mowa tu o pierwszych rozdziałach. No cóż, miłej lektury.

Rozdział XIII

Justyna


Emilka spakowała swoje rzeczy na jutrzejszy bal oraz, jak poradziła jej matka, ubrania na parę następnych dni. Elżbieta jednak zadecydowała, że przeprowadzą się całą rodziną wraz z gośćmi i Anielką do sąsiadów, co było dosyć sporym przedsięwzięciem.
Z tego względu Tadeusz, Krzyś, pan Staś oraz dziadkowie oświadczyli, że nie chcąc obarczać dobrodziejki sąsiadki, zamieszkają w mieście, w hotelu. Małgorzata także się zadeklarowała, jednak po jakimś czasie, prawdopodobnie po namowach matki, zmieniła zdanie i w godzinę później Emilka jechała powozem z nią, matką, ciotką, Gabrysią i Anielką do sąsiedniej wsi, do Justyny i jej rodziców. Ogarniało ją po trochu podniecenie, a po trochu stres na myśl o spotkaniu z przyjaciółką, której nie widziała już ponad trzy lata.
— Co to za ludzie, do których jedziemy? — zapytała ją Małgorzata.
— Bardzo mili, pani Danuta i pan Franciszek. Mówię do nich „wujku” i „ciociu” — wyjaśniła Emilka. — Przyjaźniłam się kiedyś z ich córką, ale wyjechała do Londynu do szkoły.
Małgorzata kiwnęła głową, przyjmując do wiadomości te informacje.
— Wcale nie chcę tu jechać. Nie chcę nikomu wchodzić na głowę. Wolałabym zamieszkać w hotelu. Ale oczywiście wtrąciła się matka, że „jak to będzie wyglądać” i powiedziała, że zgodzi się tylko pod warunkiem, że będę w jednym pokoju z babcią. Mam dwadzieścia jeden lat, na litość Boską!
Emilka uśmiechnęła się.
— Nie przejmuj się. Przynajmniej będziemy miały swoje towarzystwo. Jeśli mam być szczera, trochę boję się, co teraz będzie z tą Justyną.
Jej strach okazał się nie być bezpodstawny. Gdy wysiadła z pierwszego powozu razem z matką, kuzynką i bratem, ujrzała swoją dawną przyjaciółkę tuż przed głównym wejściem do dworku. Stała przed matką i ojcem, wyższa, zgrabniejsza i piękniejsza niż przed trzema laty; modnie, chociaż nieco po męsku ubrana w jasnobeżowe cygaretki, dwurzędową srebrną kamizelkę i białą koszulę z pokaźnym żabotem. Wyprostowana, z dumą wypinała pełną pierś, a jej rude włosy, ułożone w gładką falę, odbijały słabe promienie słoneczne. Emilka uśmiechnęła się niepewnie i zbliżyła do przyjaciółki, a gdy podeszła całkiem blisko, ujrzała grubą warstwę pudru przykrywającą czerwone krostki i blizny na jej twarzy. Poczuła dziwny rodzaj satysfakcji, tak szybko znajdując jakieś uchybienie w jej wyglądzie.
— Emilko! Sto lat! — pisnęła, gdy dziewczyna dygnęła wcześniej grzecznie jej rodzicom. Wzięły się w ramiona, a Justyna zostawiła na jej policzkach dwa pocałunki.
— Wydawać by się mogło, że więcej — odrzekła ironicznie Emilka, lecz Justyna najwyraźniej nie zrozumiała. Uśmiechnęła się do Małgorzaty i podała jej rękę.
— Tylko na jedną, dwie noce — tłumaczyła się ponownie Elżbieta. — Póki nie zrobimy porządku z kanalizacją. Okropnie mnie to martwi. Boję się, że nam ściany spleśnieją!
Nagle Justyna podsunęła się do Emilki z dziwną miną.
— Może to dobra okazja, by zrobić gruntowny remont tej ruiny — mruknęła jej na ucho, wyglądając na niespeszoną.
— Jak śmiesz! — syknęła.
— Ale czemu się denerwujesz? — Justysia wzruszyła ramionami. — Przecież to tylko żart. Och, Emilko, jesteś taka zabawna — zupełnie taka, jak cię zapamiętałam! Chodź, pokażę Ci przepiękne pocztówki i zdjęcia z London. Byłam też w Manchester…
— Manchesterze — poprawiła ją Emilka, słysząc sztuczny, udawany akcent.
— Tak, w Manchester — pokiwała głową jej rozmówczyni, marszcząc brwi. — A co to za różnica?
— Żadna — odrzekła z przekąsem.
— Jesteś jakaś obrażona. Nie moja wina, że wasza przedpotopowa kanalizacja się zepsuła. Nie wyżywaj się na mnie. Cieszmy się ponownym spotkaniem!
Zaraz jej twarz rozjaśniała, a w oczach zabłysły iskierki. Wyglądała na absolutnie nieświadomą niechęci, jaką wzbudziła w starej przyjaciółce, lecz najwyraźniej dobrze jej z tym było. Emilka uśmiechnęła się do niej prawie tak szczerze, jak została powitana, po czym odwzajemniła uścisk dłoni Justysi i pozwoliła poprowadzić się na górę. Mijała pachnące lakierem do drewna i kwiatami korytarze, widziała też swoje odbicie w marmurowej podłodze, spoglądała z podziwem na piękne meble, które kiedyś wydawały jej się przytulne, a które kojarzyła z beztroskami dzieciństwa. Teraz jednak na usta cisnęła jej się, być może popychana przez zazdrość, pogarda dla pychy i pustoty, którą ociekały bogactwa.
Odwiedzali czasami Troszewskich, lecz nie zaglądała w tę część domu od momentu, kiedy po raz ostatni spędzała czas z Justyną w jej pokoju. Klasyczne, błyszczące meble pachnące nietykalnością, smród przepychu, ład i porządek zaprowadzony na każdym milimetrze podłogi doprowadzały ją do skrajnej irytacji, którą starała się ukryć.
— Darling, gdybyś ty tam była — mówiła Justyna rozmarzonym głosem. — Gdybyś ty to widziała! Rozpierało mnie przeszywające heartbreak, gdy wracałam do Polski. Właściwie żałuję, że nie nalegałam, by moi rodzice przyjechali do mnie, ale mieliśmy odwiedzić dziadków… Absolutnie tego nie rozumiem, przecież dziadków też mogli zabrać do London, nigdy tam nie byli, a ja u nich milion razy. No, ale stało się! Znów powrót do tego smutnego, zacofanego kraju. Jest tu tak awful, tak wiejsko. Czujesz ten odór? Kazałam wszędzie postawić kwiaty i wypryskać perfumami, no i staram się nie wychodzić na zewnątrz, bo wszędzie czuć to łajno. Gdy byłam w London, jedyne miejsce, gdzie można było czuć takie zapachy, to zoo, ale nawet tam to pachniało subtelniej i jakoś tak… uroczo…
Emilka parsknęła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać.
— Śmiej się, ale tak jest. Really. Zabiorę cię do London i już nigdy nie będziesz chciała tutaj wracać.
— Chyba jednak wolałabym zostać w swoim domu.
— A to dlaczego? — Justyna przekręciła klamkę i wpuściła dziewczynę do środka.
W jej pokoju panował rodzaj artystycznego, modernistycznego bałaganu, który porównać można było tylko z pracownią malarza. Ale zamiast płócien na ziemi porozrzucane były ubrania, zamiast farb — kosmetyki, a zamiast rekwizytów czy mis z owocami — wszelkiego rodzaju drobiazgi, takie jak Big-Ben na komodzie, który, jak się potem okazało, wygrywał co godzinę hymn Wielkiej Brytanii, miliony stert czasopism modowych i kobiecych, pluszowe misie, szklane kule z miniaturowymi budyneczkami w środku i wiele innych.
— Pardon moi — rzekła Justyna, biorąc z podłogi parę gazet i przenosząc je na sofę. — Nie zdążyłam posprzątać.
— No tak, nasz przyjazd był dla ciebie ogromnym zaskoczeniem — mruknęła Emilka z sarkazmem.
— Nie był, ale miałam dużo nauki do nadrobienia przez kilka ostatnich dni. Przestań zadzierać nosa — odparła spokojnie. — Włączmy muzykę. Czego chcesz posłuchać?
— Nie wiem.
— Podrzuć jakiś pomysł. Mam bardzo dużą kolekcję płyt! — Uśmiechnęła się Justyna. — Czym, przyznam się szczerze, chciałam się przed tobą pochwalić. Podaj autora!
— Bodo — zaproponowała Emilka, siadając w głębokim, miękkim fotelu.
— Może coś… innego? — Justyna nie przepadała za jego muzyką.
— Nalegam.
—Well, then — westchnęła Justysia, szperając w szufladzie, aż wyciągnęła jedną z płyt i włożyła do odtwarzacza. Po nastawieniu igły usłyszały pierwsze dźwięki utworu. Justyna kiwała głową, rozsiadając się na szezlongu naprzeciwko Emilki. — Opowiadaj. Chcę usłyszeć każdy szczegół z twojego życia z ostatnich trzech lat.
— Nie wydarzyło się tak dużo, jak u ciebie. — odrzekła. Justysia roześmiała się perliście. — Nie wiem, co chcesz usłyszeć.
— Zakochałaś się wreszcie?
— Ja… Ja… tak… sądzę — wyjąkała Emilka niepewnie.
— W kim? — Justyna poderwała się, wytrzeszczając duże, wodniste oczy o piwnych tęczówkach.
— Sama nie wiem — przyznała szczerze, uderzona prawdziwością tego stwierdzenia. Przyjaciółka ponownie się roześmiała i chociaż próbowała drążyć temat, nie dowiedziała się nic więcej.
Po obiedzie otworzyła walizkę ze swoimi rzeczami i wyciągnęła sukienkę, którą dostała od pana Stasia. Gdy wpatrywała się w nią, powieszoną na  drzwiach szafy, weszła do jej pokoju Małgorzata.
— Wszystkich jutro oszołomisz. Już widzę tłumy mężczyzn rzucających serca pod twoje stopy.
Emilka roześmiała się.
— To byłby trochę makabryczny widok. Jak sceny z „Frankenstaina”.
Kuzynka podeszła do niej i uśmiechnęła się, patrząc na koronki i falbanki swoimi błyszczącymi, zielonymi oczami.
— Mam nadzieję, że szybko wrócimy do was. Nie podobają mi się ci ludzie, a w szczególności ich córeczka-trzpiotka. Wydaje mi się jakaś… głupawa.
— Też chcę wrócić do domu — odrzekła Emilka. — Ale to tylko kilka dni.
— O kilka za długo. Umrę do tego czasu i zamiast balu zrobicie stypę. A wtedy obawiam się, że twoja przepiękna biała sukieneczka zmarnuje się i zjedzą ją mole…

Dzień następny rozpoczął się koszmarnie. Emilka spędziła cały ranek i okolice południa, leżąc w swoim pokoju z chłodnymi okładami na czoło i mając wrażenie, jakby w każdej chwili miało rozsadzić jej czaszkę. Jakby tego było mało, ciągle słyszała tupot spieszących się stóp na korytarzu, w pokojach sąsiednich i tych znajdujących się na górze, a z dołu dobiegały ją piskliwe rozmowy kobiet. Kilka razy do jej pokoju wbiegła Justyna.
— Mój Boże, Emilko, jakże ja ci zazdroszczę. My idziemy na jakiś… phi! Dancing do znajomych mamy. Aż czuję łzy w oczach. Czemu jesteś smutna?
— Głowa mi pęka…
— Ale ty się zrobiłaś marudna… Mogłaby mnie boleć głowa do końca świata, jakbym tylko dostała szansę na taki bal!
Justyna zacisnęła wąskie wargi, patrząc w dal. Emilka dostrzegła spod swojego okładu kilka piegów w okolicach uszu, których nie zdążyła zatuszować pudrem. Przyjaciółka spuściła wzrok i spojrzała na swoje świeżo pomalowane na koralowo paznokcie.
— Och, mój lakier… Damn it!
— Co ci się stało? — zapytała Emilka, wskazując podbródkiem na twarz Justyny.
— Lakier mi nie dosechł i…
— Mówię o cerze — uściśliła obolała dziewczyna. — Kiedyś była taka piękna.
Justysia spąsowiała. Przewróciła oczami z zażenowaniem wypisanym na twarzy.
— Półtora roku temu kupiłam taki specyfik… Miał sprawić, że znikną mi piegi. Piegi wcale nie zniknęły, a zamiast tego nabawiłam się… tego czegoś…
— I co, w London nie mają na to lekarstwa? — zapytała drwiąco.
Troszewska poderwała głowę ze zdziwieniem. Zmarszczyła brwi, a broda jej nieco zadrżała.
— Jesteś nie do zniesienia — oświadczyła, a duże oczy wypełniły się łzami, potęgując wrażenie wodnistości. — Ja moje krostki przykryję pudrem, ale ty ze swoim zgorzknieniem możesz mieć poważne problemy!
Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.

Dwa razy przyszła do niej Małgorzata, coraz bardziej gotowa i za każdym razem piękniejsza, by zmienić okłady i przynieść leki i ziółka, ale migrena nie przechodziła. W końcu Emilka zmuszona była zacząć przebierać się z pulsującym, ogłuszającym bólem, chociaż ogarniała ją coraz silniejsza chęć, by zostać tego wieczoru w domu — przynajmniej byłoby spokojnie.
Gdy stała przed lustrem, zapinana suwakiem przez Anielkę i komplementowana przez Małgosię, przypomniała sobie o Antku, lecz nie była w stanie myśleć z uczuciem czaszki rozłupywanej na pół. Nie mogła sobie nawet przypomnieć rozmowy z Lucyną z dnia poprzedniego, nie potrafiła więc przeanalizować, na ile słowa służki mogły być kłamstwem. W tamtej chwili zarówno spotkanie z Antkiem, jak i bal oraz sprawa pana Iwana wydawały jej się bardziej niż błahe.
Na pół godziny przed wyjściem siedziała z męczeńskim wyrazem twarzy przed lustrem, podczas gdy Małgosia próbowała zatuszować cienie pod jej oczami. Wtedy do jej pokoju weszła Anielka z dziwną miną.
— Kochanie, ktoś do ciebie przyszedł.
— Kto?
Anielka kazała jej po prostu zejść i tak też Emilka uczyniła. Gdy się ubrała i wyszła na zewnątrz, zobaczyła smukłą, wysoką postać tuż za bramą. Od razu poznała w niej Antka.
— Antoś! — ucieszyła się i podbiegła. Spojrzała w rumianą twarz przyjaciela, co w połączeniu z mroźnym powietrzem pozwoliło jej chociaż na trochę zapomnieć o migrenie. — Antoś, głuptasie!
Chciała go przytulić, ale nie wydawał się ani przez chwilę skory do czułych gestów. Chociaż patrzył jej w oczy, wyczuwała dużo rezerwy w jego zachowaniu.
— Ja tylko na trochę. Chciałem cię obaczyć. Przepraszam za wisiorek. Nie wiem, co we mnie wstąpiło — chyba szatan jakiś rozum mi przyćmił, bo ja jak przez mgłę to pamiętam… Nie wiesz, jak mi okropnie.
— Przestań, głuptasie, to nic ważnego…  — Urwała, przygryzając wargi i patrząc na wyniszczoną, czerwoną od mrozu twarz chłopca. Antek westchnął głęboko i ukrył twarz w dłoniach, pocierając nimi policzki i czoło. — Dlaczego to zrobiłeś? — Pokręcił tylko głową. — Powiedz mi. Dlaczego wziąłeś ten wisiorek?
— Nie zrozumiesz. Nie, nie zrozumiesz…
— Brakowało ci pieniędzy?
— Nie naciskaj. Nie zrozumiesz.
— Zaryzykuj — poprosiła. — Powiedz mi, przecież jestem twoją… twoją przyjaciółką.
Kręcił głową.
— Kiedy ja sam nie rozumię, to jak ty masz zrozumieć? Nie, nie proś mnie. Nie powiem.
— Antek…
— Może kiedyś, innym razem. Nie dziś.
Ręce zacisnął w kieszeniach, lecz nie spuszczał wzroku z jej twarzy, jakby widział ją po raz pierwszy od wielu lat i próbował przypomnieć sobie, skąd zna te rysy… Nim dobrze się zastanowiła, podeszła bliżej i przytuliła się mocno do jego zmarzniętej, chudej sylwetki. W pierwszej chwili wyglądało na to, że był zaskoczony, lecz po chwili wyciągnął ręce i przycisnął ją  do siebie.
— Muszę iść. Tylko za ten wisiorek chciałem… — powiedział cicho. Emilka podniosła głowę, by spojrzeć na jego zaróżowioną twarz. Ułożył dłonie na jej przedramionach, dłonie o skórze — jak dobrze pamiętała, bo przecież nie mogła tego czuć przez warstwę kożucha — twardej i szorstkiej, takiej, jaką powinien mieć mężczyzna. Spojrzała mu w oczy z dołu, a chłopak uśmiechał się bardzo smutno, sprawiając, że gardło Emilki zaciskało się niemalże do bólu. Na jego kwadratowej szczęce nie dostrzegła zarostu, rozbawił ją za to szron pokrywający od oddechu długie, nieco dziewczęce rzęsy Antka.
— Ale gdzie idziesz? Gdzie byłeś i dlaczego tak szybko zniknąłeś? Anielka mówiła, że… że chciałeś sobie zrobić krzywdę… — Antek przestał się uśmiechać, poczerwieniał jeszcze bardziej i już otwierał usta, gdy Emilka wypaliła ponownie. — Wiesz, co mi Lucyna powiedziała?
Na jej imię jakby rozluźnił uścisk.
— Tak, dobrze ci powiedziała. Emilko, nie złość się na mnie. Wiem teraz, że to wszystko głupie.
— Co głupie?
— To, co chciałem, by było. Teraz wyjeżdżam, będę daleko, tam mam zapewnioną pracę, tam się przeprowadzamy z ciotką. Miało mnie tu w ogóle nie być, ale wróciłem po Lucynę. Nie jest tak głupia, jak sądzisz. Będziesz szczęśliwa z kim innym.
— Antek… Antoś, ja nic nie rozumiem…
— No właśnie — nie rozumiesz… — westchnął, dotykając jej policzka, po którym spływały łzy. Zawahał się, zanim znów otworzył usta. — Muszę iść, nie zatrzymuj mnie. Nie mogę tutaj dłużej. Przestań płakać. Puść. Naprawdę muszę iść. Żegnaj.
Te kilka urywanych, krótkich zdań, chociaż zrozumiałych, wydawało jej się wymówionych w obcym języku. Wyszarpnął ramię z jej uścisku i wsiadł na nieosiodłanego konia, trzymając go za grzywę i popędzając piętami, aż zniknął za zakrętem, najpierw on, a potem dźwięk kopyt uderzających o zamarznięte podłoże.

1 września 2012

017. 73 rocznica napaści hitlerowców na Polskę

Dobry wieczór wszystkim. Jeszcze chyba zdążę...
Pomyślałam, że skoro prowadzę blog z opowiadaniami o takiej a nie innej tematyce, mam prawo napisać kilka słów od siebie na temat dzisiejszej rocznicy. Nie jest okrągła ani inna niż poprzednie, jednak warto zauważyć, że zmienia się jedno - coraz więcej czasu minęło od pierwszego strzału, który przerwał zwykły, wrześniowy poranek na Westerplatte.

15 sierpnia 2012

015. SUROWICA (12)


Uff, po miesiącu na walizkach wreszcie jestem z powrotem. Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o Emilce. Ten jest jednym z ostatnich w tej części. Potem czeka nas chwila przerwy... Sądzę jednak, że to, co czeka na przeczytanie po 14. rozdziale jest bardziej interesujące niż to, co serwowałam jak dotąd, toteż liczę na Was, misiaki. Zapraszam do lektury.
PS Dziękuję za głosy w ankiecie, bardzo mi pomogą. Dzisiaj też stworzę nową na podobnej zasadzie.

Rozdział XII

Odkrycie



Do końca dnia czekała na pojawienie się Antka, lecz nikt nie miał pojęcia, gdzie się podział. Elżbieta powtarzała, że pewnie potrzebował nieco odpoczynku i odpracuje w inny dzień, natomiast Anielka z nieznanych powodów wyglądała na szczerze zaniepokojoną, lecz nie chciała się podzielić swoimi zmartwieniami z Emilką.
Ten dzień spędziła głównie z Małgorzatą, która co rusz znajdowała jej zajęcia: grały w karty, słuchały muzyki, wyszywały, czytały pisma kobiece i robiły fryzury. Pod koniec dnia Emilka była już zmęczona ciągłą zabawą z nią, z radością więc szykowała się do snu, starając się nie zaprzątać sobie głowy żadnym z panów. Obiecując sobie, że następnego dnia podziękuję panu Stasiowi, którego nie było od obiadu aż to tej chwili, gdyż wyjechał na polowanie z Tadziem i Krzysiem, rozplotła włosy, umyła się i zeszła po raz ostatni na dół, by dolać wody do dzbanka. Zwykle robiła to Anielka, lecz tym razem nie pojawiła się na górze.
Wszyscy już spali, poza panami, którzy byli nieobecni. Wychodząc z pełnym dzbankiem, ujrzała strumień słabego światła w czeladnej. Podeszła bliżej i przysunęła ucho. W środku była matka i szlochająca Anielka.
— To taki dobry chłopiec, taki dobry chłopiec… A jeśli on naprawdę…
— Nic się na pewno nie stało — szeptała matka, lecz jej głos drżał.
— Więc dlaczego się nie pojawił? Nie sądzi pani, że… że to zrobił… Boże, nie potrafię tego nawet wypowiedzieć! — lamentowała Anielka. — Jeśli zrobił to, czym groził, to jak mogłyśmy go tak zostawić!
— Nie zostawiłyśmy go, kochana. Przecież go nie zamkniemy pod kluczem.
— A czemuż by nie! Lepsze to niż pozwolić, by zrobił sobie krzywdę! Sama pani mówiła, że wyglądał, jakby naprawdę chciał to zrobić! A teraz go nie ma!
Anielka już nie szeptała, a mówiła donośnym, trzęsącym się głosem.
— To taki dobry chłopak… taki dobry… A teraz… Gdzie się podział?

Antek nie pojawił się dnia następnego.
Matka z rana posłała po niego pachołka, ale okazało się, że dom stał pusty. Chłopak nie był w stanie dowiedzieć się ani słowa na temat zniknięcia całej rodziny. Matka krzątała się zmartwiona od kąta do kąta, natomiast Anielka opłakiwała Antka rzewnymi łzami, zupełnie jakby już wiadomym było, że nie żyje. Małgorzata znów próbowała zająć Emilkę, lecz jej wysiłki zeszły na marne.
Zniknął, zniknął on, jego ciotka i kuzynostwo. Nie zdążyła nawet z nim porozmawiać, powiedzieć, że wcale nie gniewa się o głupi wisiorek; ta zawieszka wydawała jej się teraz śmiesznym powodem do awantury, lecz był to pusty, gorzki śmiech. Nie chciała płakać w towarzystwie swojej kuzynki, chociaż odczuwała ogromną potrzebę wylania z siebie wszelkich smutków i żali, wypluć emocje, które targały nią od dłuższego czasu.
— Lubiłaś tego chłopca — bardziej stwierdziła niż zapytała Małgorzata.
— Tak, był mi przyjacielem.
Pokiwała głową i upiła herbaty, po czym odwróciła głowę w stronę okna w swojej sypialni i spojrzała w dal coraz bardziej nieobecnym wzrokiem. Emilka patrzyła na jej ładną, chociaż bardzo wyniosłą twarz (czego jej nieco zazdrościła), zastanawiając się, co tak naprawdę kuzynka kryła w głębi duszy.
— Też raz miałam takiego przyjaciela. Takiego „na zabój”.
— I co się z nim stało? — dopytała trochę z grzeczności, a trochę z ciekawości.
— Znalazł sobie inną przyjaciółkę.
— To co to za przyjaciel — odparła Emilka, a Małgorzata uśmiechnęła się trochę pobłażliwie. Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na odcienie różu i pomarańczu. Zwykle o tej porze Anielka zaganiała kury i kaczki do kurników, krzątała się po podwórku zamykając z Lucyną bądź Urszulką wszelakie drzwi, wejścia, czasami też okna, blokując szyby dla kotów, chowając misy z paszą i wodą, lecz zimą cały drób grzał się w zabudowaniach, tak jak i bydło oraz konie. Brakowało Emilce tego widoku, chętnie wymieniłaby go na obserwowany zza zaparowanej jej oddechem szyby zamarznięty świat, zastygły w bezruchu, marazmie.
Pan Iwan, jego poszanowanie względem jej osoby i cała reszta spraw z nim związanych wydawała jej się mniej niż błaha. Tak samo jak temat, na który zeszła Małgorzata po kilku minutach milczenia.
— Za cztery dni bal!
— Sylwestrowy? — dopytała głupio Emilka.
— No, tak — westchnęła Małgorzata i uśmiechnęła się ponownie. Było w tym uśmiechu coś, co sprawiło, że dziewczynie zrobiło się lżej na sercu, że poczuła faktyczną radość na myśl o zbliżającym się wieczorze. — A potem wyjeżdżam — dodała.
— Już?
Emilka uświadomiła sobie, że było w tym pytaniu więcej tęsknoty niż uprzejmości. Lubiła mieć pod ręką kogoś, kto troszczył się o to, by miała zajętą głowę; kogoś, przy kim mogła poczuć się bardzo dziewczęco, bo przecież starszy brat nie był w stanie zapewnić jej czegoś takiego, a Urszulka jednak wciąż pozostawała służką i tak naprawdę nie miały o czym rozmawiać. Emilka przypomniała sobie swoją przyjaciółkę-sąsiadkę, córkę państwa Troszewskich — Justynę, ale nie widziała jej bardzo długo, odkąd tamta wyjechała do szkoły z internatem.
Małgorzata zdobyła się jedynie na wzruszenie ramionami.

Tego dnia zdążyło przydarzyć się coś jeszcze, co sprawiło, że poczuła się naprawdę dobrze. Gdy ułożyła się do snu z ciężkimi powiekami, gdy już prawie zasnęła, usłyszała, że drzwi do jej pokoju otwierają się i stanęła w nich Małgorzata.
— Nie mogę spać — rzekła.
— Ja już pra… prawie — jęknęła Emilka, ziewając.
Małgorzata podeszła do jej łóżka i usiadła obok, wzdychając i wpatrując się w twarz swojej kuzynki ze smutkiem.
— Ty to masz szczęście — szepnęła.
— Ja? W czym?
Małgorzata nie odpowiedziała, skubiąc krawędź prześcieradła, a jej nieszczęśliwą twarz Emilka dostrzec mogła jedynie dzięki ledwo widocznemu światłu księżyca. Po jej policzku spłynęła łza, ale szybko ją otarła.
— Mogę tu spać? — zapytała drżącym głosem siostra.
— Oczywiście — odrzekła Emilka, przesuwając się, by zrobić jej miejsce. Smukłe ciało Małgorzaty wsunęło się pod pierzynę i po chwili zwinęło w kłębek. Nie płakała już więcej i nie rzekła ani słowa, wręcz przeciwnie, zasnęła bardzo szybko, lecz Emilka poczuła się zupełnie, jakby miała przy sobie ukochaną starszą siostrę, taką — jaką mogła być Jadwisia.

Następnego dnia dużo czasu spędziła przy oknie, jakby wyczekując, że na podwórku pojawi się zziębnięty, różowy od mrozu Antek, może nawet trochę obrażony, odrobinę zdystansowany, ale swój. Jak na złość, a prawdopodobnie właśnie na złość, chodziła przy niej Lucyna i sprzątając w pokoju, śpiewała piskliwie stare piosenki o miłości. Emilka ignorowała ją. Przyglądała się tylko z wysokiego parapetu na klęczącą Lucynę, która szorowała rytmicznie podłogę, zamiatając długimi włosami parkiet i skrzypiąc paznokciami o drewno.
Lucyna odsunęła dywan i kontynuowała sprzątanie, nie omijając paneli, które tworzyły skrytkę Emilki. To skłoniło dziewczynę do myślenia. Chcąc upewnić się jak najszybciej, kazała Lucynie wyjść i sprawdzić, czy słonina dla sikorek wciąż wisi, i mając nadzieję, że zajmie jej to przynajmniej kilka minut, zamknęła drzwi na klucz i otworzyła skrytkę w podłodze. Niczego nie brakowało, poza jednym: kurzu.
Ktoś tu kiedyś posprzątał, ktoś ze służby.

Wieczorem znów przyszła do jej łóżka Małgorzata, tym razem w znacznie lepszym nastroju.
 — Opowiedz mi coś o tym twoim Antku — szepnęła, uśmiechając się znacząco.
— Dlaczego „moim”? — fuknęła Emilka. — Żaden mój.
— Twój braciszek nie był zbyt zadowolony z waszej znajomości — oświadczyła kuzynka, chichocząc. — Powiedział mi, jak to nakrył swoją niesforną siostrę obłapywaną przez stajennego.
— Wcale nie obłapywaną! — oburzyła się dziewczyna. — Antek był moim przyjacielem.
Małgorzata wciąż się śmiała i to tak szczerze, że ciężko było na ten śmiech nie odpowiedzieć. Skubała koronki na poduszce, patrząc nieobecnym wzrokiem na swoje dłonie. Jej długie, ciemnobrązowe włosy ułożyły się na poduszkach wokół głowy jak promienie słońca. Były gęste, błyszczące i zdrowe, oraz, co trudno było zignorować, bardzo ładnie pachniały, zawsze i o każdej porze dnia. Małgorzata mogła się podobać, mimo wyniosłości swojej urody, pomimo zarozumiałości i chłodu, który bił z jej twarzy i zachowania. Piękna i zgrabna, bardzo elegancka, wiecznie niedostępna, leżała skulona i poczochrana pod jedną kołdrą z Emilką, rozmyślając pewnie o swoich byłych Antkach lub o czymś równie przykrym, ponieważ w jej oczach tlił się żal.
— Masz bardzo ładne włosy — szepnęła Emilka, wyciągając rękę i dotykając ich. Były bardzo gładkie, niemalże jak nitki jedwabiu. Małgorzata uśmiechnęła się, przez chwilę wyglądając, jakby nie bardzo wiedziała, co zrobić z tym komplementem.
— Dziękuję.
Emilka schowała rękę z powrotem pod siebie. — Nie wiem, co się z nim stało. Martwię się — powiedziała cicho. Wypowiedziała te słowa w przypływie wyrzutów sumienia. Uświadomiła sobie, że kuzynka od wielu dni próbowała zjednać sobie jej sympatię, być może zawiązać jakąś nitkę przyjaźni, podczas gdy Emilka ciągle ją odtrącała. Bardzo chciała jej zaufać i wiedziała, że nie było w tym nic trudnego, należało jedynie chcieć to zrobić. Jakiś demon jednak podszeptywał jej do ucha myśli, które nie mogły pomóc w zawarciu jakiejkolwiek bliższej znajomości. Podejrzewała nawet, jak na imię miał ów demon, który osiadł w jej sercu i zapuścił korzenie.
Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak samotnie czuć musiała się Małgorzata we własnym domu. Była inteligentna i bystra, a dzieliła życie z rozwrzeszczaną, głupią matką i bezpłciową przyszywaną siostrą. Było w jej losie coś bardzo żałosnego, a właściwie godnego współczucia.
— Nie myśl o nim, Emilko. I tak nic nie poradzisz, a nerwów szkoda.
— Nie rozmawiałam nawet z nim od tamtej awantury. Ile bym dała, by go chociaż pożegnać!
— Nie myśl o tym — powtórzyła Małgorzata, wyciągając rękę w stronę Emilki i zakładając jej niesforny kosmyk za ucho.

Następnego dnia Krzyś, zapukawszy donośnie do ich drzwi cały w skowronkach, oświadczył, że zamierza kupić im prezent z okazji Nowego Roku. Zaskoczone nieco jego właściwie bezpodstawną hojnością, szykowały się na jakiś interes z tego tytułu, lecz wszystko wskazywało na to, że Krzyś chciał im najzwyczajniej sprawić przyjemność.
Małgorzata dostała jakąś biżuterię, którą sobie wybrała, a Emilce zafundował eleganckie lakierki do nowej sukienki i spinki do włosów. Wyglądał przy tym na bardzo zadowolonego z siebie, zupełnie jakby prezent dla sióstr był osiągnięciem godnym pomnika. Trochę się z tego śmiały, ale wyłącznie za jego plecami, gdyż nie wypadało za tak dobrotliwy gest odwdzięczać się kpiną, choćby nawet bardzo delikatną i nieszkodliwą.
Pojechał do miasta z nimi pan Staś, ponieważ miał do załatwienia kilka spraw na poczcie i w banku. Gdy wracali, Krzyś z Małgorzatą rozprawiali namiętnie o jakiejś rubryce tenisowej w gazecie, natomiast pan Staś wykorzystał ich moment nieuwagi i zagadnął Emilkę.
— Zadowolona? — zapytał, uśmiechając się lekko.
— Tak, bardzo.
— Będziesz pięknie wyglądać. Liczę, że włożysz na siebie gwiazdkowy prezent.
— Zgadza się — odparła, patrząc w bok na przesuwający się za oknem samochodu krajobraz. Czuła na sobie wzrok pana Stasia, jednak on nie drążył tematu, za co była bardzo wdzięczna.
„Wdzięczna!”, pomyślała i nagle krew napłynęła jej do twarzy. „Winnam mu podziękowania!”
Wiedziała, że musiała to uczynić i najlepiej jak najszybciej, gdyż i tak wystarczającym nietaktem było opóźniać podziękowania osobie, z którą mieszka się pod jednym dachem. Niechętnie spojrzała na swojego towarzysza, który siedział naprzeciwko.
— Winna jestem podziękowania — zaczęła spokojnie i nagle, ze zdenerwowania, całkowicie zapomniała, za co mu miała dziękować. W głowie miała pustkę spowodowaną obecnością pana Stasia, który ją peszył w bardzo nieprzyjemny sposób. Pragnęła jak najszybciej wyjść z na zewnątrz i uciec od jego szarych, kocich oczu.
Czekał z lekko zmarszczonymi brwiami, bo najwyraźniej i on nie wiedział, za co należały mu się podziękowania.
— Ja… — Rzuciła szybkie spojrzenie na Krzysia siedzącego z przodu, był on jednak zbyt zajęty entuzjastyczną rozmową z Małgorzatą, by móc podsłuchiwać. — Bardzo dziękuję w imieniu Antka.
— Ach — westchnął z uśmiechem jej rozmówca. — Ach, to drobiazg.
— Za wszystko dziękuję — dodała, czując, że był jeszcze jeden powód, jednak nie potrafiła przywołać go w tamtej chwili.
— Mam nadzieję, że będę miał więcej okazji, by zasłużyć na twoje podziękowania.
Brzmiało to niezwykle grzecznie, jednak pod grubą warstwą politycznej uprzejmości wyczuwała smród egocentryzmu.
W samochodzie zapadła cisza, słychać było tylko dźwięki wydawane przez chrupiące pod kołami kamienie i śnieg oraz pracujący silnik. Małgorzata siedząca pośrodku westchnęła głęboko, jakby to milczenie niezmiernie ją męczyło i jak Emilka podejrzewała, tak w istocie było. Cisza przenikająca wszystko wokół była nie do zniesienia.
Pan Staś nie zaczepiał jej do końca podróży ani nie rzekł w jej kierunku ani słowa więcej tego dnia. Być może wyczuł rezerwę, z jaką go potraktowała, a może powiedziała bądź zrobiła coś, czym go uraziła… Nurtowało ją to z tylko ciekawości, ponieważ nie przejmowała się tak naprawdę uczuciami tego nieprzyjemnego, nadętego pana.
— Staś jest bardzo uprzejmy dla ciebie — rzekła Małgorzata, wyplatając z jej włosów kolorowe spinki przy lustrze. Dawno temu zaszło słońce, zbliżała się pora snu, a za oknem aż łuna biła od gęstego, nieprzeniknionego śniegu pokrywającego coraz grubiej parapety i dachy.
— Tak, jest dżentelmenem — przyznała Emilka, chociaż niechętnie.
— Co zamierzasz?
Małgorzata nie musiała tłumaczyć swojego pytania — Emilka od razu zrozumiała, że każdy w tym domu wie już o zamiarach bogatego młodzieńca względem niej. Zmieszała się mocno i minęła chwila, nim odpowiedziała.
— Na razie nic. Mam dużo czasu na decyzję.
— Masz dużo czasu na zamążpójście — z decyzjami różnie bywa.
Trochę prawdy kryło się w słowach Małgorzaty. Emilka była świadoma, że ktoś taki jak pan Staś nie pozwoli jej bawić się sobą w nieskończoność.
— Nie znam go ani trochę.
— Chyba tylko Tadzio może powiedzieć o nim co innego. Do niego się uśmiechaj o jakieś informacje — chociaż podejrzewam, że i bez tego wyjawi ci co ciekawsze fakty z życia Stasia.
— Nie wiesz, dlaczego jest tak żywo zainteresowany moją osobą?
Małgorzata  zawahała się przez chwilę, układając w zamyśleniu spineczki na toaletce w kolejności od największej do najmniejszej.
— No, nie wiem — odrzekła powoli, biorąc jedną do ręki i oglądając ją z bliska. Po chwili odłożyła spinkę na miejsce i dodała pewniejszym tonem: — Sama się musisz dowiedzieć.
— A ty co słyszałaś?
— Nic — odparła tonem ucinającym dyskusję.
— Powiedz.
— A niby dlaczego? — zapytała zaczepnie, ale śmiała się. — Powiem, jak obiecasz, że do mnie przyjedziesz.
— Już obiecałam.
— E tam — obiecałaś. Wystękałaś, bom cię przymusiła. — Uśmiechnęła się do odbicia lustrzanego Emilki, coraz bardziej zdziwionej jej zachowaniem. Nigdy nie łączyło ich żadne silne uczucie, gdyż nie miały zbyt wielu okazji widywać się w dzieciństwie. Małgosia była sześć lat starsza i w wieku dwunastu lat wyjechała do Wilna, do prywatnej szkoły. Wracała na święta, chociaż czasami matka z przyszywaną siostrą jeździły do niej. Nie miała w zwyczaju rozmawiać z Franczakówną, traktowała ją bardziej jako przymusową rozmówczynię, gdy sadzano je razem — tak przynajmniej było do niedawna.
Zawsze była wyniosła, traktowała ludzi z góry, a jej arystokratyczna aparycja bardzo jej w tym pomagała. Tym bardziej zaskoczyło Emilkę jej zachowanie w tym roku. Co też może tak gwałtownie zmienić człowieka, co sprawia, że z oczu znika chłód i zarozumialstwo? Czy można tak nagle, bez powodu, zacząć lubić swoją ignorowaną przez lata kuzynkę i natarczywie zapraszać ją do siebie? O co też mogło jej chodzić?
— Naprawdę chcę — zapewniła ją Emilka. Małgorzata zaczęła rozplatać warkocz francuski, a na jej twarzy widniało skupienie pomieszane ze zmartwieniem. — Powiesz?
— To, co wiem, to tylko plotki — rzekła. — Tadzio będzie wiedział lepiej.
— Mów!
— Podobno Staś cię chce za żonę nie dlatego, żeś mu się spodobała.
— A dlaczego?
— Przez twojego ojca.
Małgosia bawiła się kolejnymi kosmykami, rozczesując je palcami i unikając spojrzenia Emilki. Dziewczyna zdenerwowała się i szarpnęła głową, po czym odwróciła się przodem do kuzynki, by spojrzeć jej w oczy.
— Mów! Dlaczego przez ojca?
— Pytaj Tadzia. Ja nie chcę przekręcać. Nic więcej ci nie powiem.

Kolejny dzień przyniósł całemu domowi popłoch i harmider. Bal sylwestrowy miał odbyć się już następnego dnia, a w domu zbrakło ciepłej wody do prania i mycia. Służba oraz panowie starali się coś temu zaradzić jeszcze przed wieczorem, lecz wyglądało na to, że pękła jakaś rura kanalizacyjna i w efekcie nie tylko z kranów leciała jedynie zimna woda, lecz jeszcze do tego spadło ciśnienie i nawet lanie wody w garnki i podgrzewanie jej na piecu trwało wieki.
Służki chodziły do studni i z powrotem, niosąc ze sobą ciężkie wiadra nieco zmętniałej wody, lecz proces ten był potwornie długi i poranna toaleta zajęła rodzinie czas aż do południa.
Emilce nawet podobało się owe poruszenie, które ją otaczało, gdyż wszyscy zajęci byli swoimi sprawami, a ona mogła siedzieć i podziwiać widowisko. Babka Natalia, której zrzędzenie jak dotąd niezmiernie jej przeszkadzało, teraz wydała się co najmniej komiczna.
— Cóż to za smród z tych rur — a nie, to nie rury, to ta służka… Ochlap się chociaż, dziewucho, bo wytrzymać nie można! Józefie i Mario, co za czasy nadeszły; niby cywilizowany świat, a tu…!
Urszulka oczywiście nie mogła się nawet ochlapać, gdyż cały czas biegała do studni z wiadrami pustymi a wracała z napełnionymi wodą. Ciotka Franciszka po staremu trajkotała coś o nieznośnym tempie nalewania wody i absolutnym braku „męskich umiejętności” u dzisiejszej młodzieży.
— Ależ ciociu — jęczał na wpół ogolony Krzyś, gdyż wezwali go nagle do pomocy przy dokręcaniu jakiegoś zaworu. Złapał do ręki lusterko i rozejrzał się za brzytwą, zostawiając na kołnierzu ślady białej piany. — Ciociu, jak my się mamy znać na dokręcaniu zaworów? Od tego są przecież hydraulicy.
— Umiesz za to robić miliony nieprzydatnych obliczeń z fizyki i matematyki — zauważyła ze śmiechem.
— Otóż to — przyznał Krzyś, biorąc odnalezioną brzytwę do ręki i kontynuując golenie. — Ale nie są wcale takie bezużyteczne. Potrafię na przykład obliczyć, ile zapłacimy za wylaną wodę i remont domu, jeżeli nikt nie naprawi usterki do jutra.
— Ile? — zapytała ciekawie Emilka. Krzyś zmarszczył brwi i po chwili intensywnych obliczeń odwrócił się i burknął:
— Majątek.
Małgosia pluskała się znużona w dużej wannie, do której co chwila Lucyna dolewała wrzątku, a wyglądała na poważnie zmartwioną. Gdy siedziała tak zgarbiona i skulona, z nogami podciągniętymi pod brodę i przylegającymi od wody do głowy włosami, nie wydawała się już tak piękna i zgrabna.
— Coś się stało?
— Nic — odrzekła, ale jej twarz mówiła co innego. — Jak myślisz, naprawią te rury?
— Na pewno — oświadczyła Emilka. — To cię tak martwi?
— Nie.
Nie chciała nic więcej mówić, więc wyszła z łazienki i wróciła na dół. Chciała znaleźć Tadzia i porozmawiać z nim, jednak nie znalazła go ani w komorze, gdzie gnieździli się zdezorientowani panowie, służba i paru chłopów ze wsi, ani w swoim pokoju, zajrzała więc do bawialni. Tam także go nie było, jednak gdy stanęła na dywanie, usłyszała ciche plaśnięcie. Dywan pod jej stopami był mokry. Wtem coś skapnęło na głowę Emilki. Spojrzała w górę i ujrzała, że cały sufit był ciemny od wody…
— Mamo! Mamo! Krzyś! Anielka!
Wybiegła bratu na spotkanie i krzyknęła:
— Woda! Woda na suficie! Pod moim pokojem!
Pobiegła na górę, wzbudzając wcześniej ogromny chaos, a gdy otworzyła drzwi do pokoju, ujrzała Lucynę i Urszulkę zwijającą dywan z pomocą pana Stasia.
— Mieliśmy cię wołać — wytłumaczył się. — Dopiero co się stało. Coś nagle łupnęło i myśleliśmy, że pękło na dole, więc szukaliśmy na parterze i w piwnicach…
Podczas gdy mówił, Emilka omiotła spojrzeniem pokój. Ściana przy łóżku była pęknięta i ciemna od wilgoci, podłoga błyszcząca od wody, wszystko mokre i zalane. Niewielka kałuża dotarła już tuż pod jej stopy. Pierwsze, o czym pomyślała, to jej skrytka pod podłogą, zapewne zalana, i już miała ich wygonić, by próbować ratować rzeczy, gdy Lucyna odezwała się:
— Wyjęłam panience skarby, zanim jeszcze wszystko się doszczętnie zalało…
Wskazała palcem na toaletkę, na której leżały rysunki, pamiątki z wakacji i książki, w tym książka od pana Iwana z listem na tyle. Podbiegła naprędce do stosu skarbów, po drodze pośliznąwszy się na mokrej podłodze, lecz w porę podał jej swoją rękę pan Staś. Przejrzała rzeczy, które Lucyna zostawiła na toaletce — rysunki były głównie zniszczone, rozmazane i przemoknięte, gliniane i porcelanowe pamiątki w stanie prawie nienaruszonym, natomiast książki nadawały się tylko do wyrzucenia. Zerknęła szybko na ostatnią stronę W osiemdziesiąt dni dookoła świata. Notatka od pana Iwana była nieczytelna. Czując drobne ukłucie w sercu, zamknęła książkę i westchnęła głęboko. Wtem przyszła jej do głowy pewna myśl.
— To ty! — prawie wykrzyknęła, odwracając się do Lucyny. — Skąd… Skąd wiedziałaś, że pod podłogą… mam swoje… rzeczy?!
— No… wiedziałam… — rzekła powoli Lucyna, nagle zaczerwieniwszy się. Musiała zrozumieć, mimo całej swojej głupoty, że popełniła błąd. — Panienka tam od dziecka trzymała skarby…
Emilka oddychała coraz trudniej.
— To ty! — pisnęła. — To ty, to byłaś ty!
— Nie wiem, o co panience chodzi — tłumaczyła się pospiesznie służka. — Przecie każdy ze służby wiedział, że tam jest schowek, ja to zrobiłam… zrobiłam… bez zastanowienia… po prostu otworzyłam i wyciągnęłam, by się nie zamoczyło!
— Co zrobiłaś bez zastanowienia? Bo już się pogubiłam, o którym czynie mówisz.
Lucyna spąsowiała jeszcze bardziej. Pan Staś marszczył mocno brwi, spoglądając z uwagą na tę scenę, natomiast Urszulka usunęła się z zasięgu wzroku Emilki i poszła zawołać resztę panów. Starsza służka stała w tym samym miejscu, w którym znajdowała się, odkąd Emilka weszła do pokoju, naprężona jak struna, czerwona na twarzy i wpatrzona w podłogę. Dziewczyna nagle poczuła, że przemakają jej pantofelki, lecz nie dbała o to. Przepełniały ją dwa zupełnie skrajne uczucia: z jednej strony złość, obezwładniająca wściekłość, że ta głupia dziewucha była w stanie posunąć się do czegoś takiego (jeszcze nie znalazła określenia na ten czyn), a z drugiej — niewyobrażalna radość, że oczyści brata i siebie z zarzutów.
— Przyznaj się, coś zrobiła, albo sama sobie dopowiem, a wtedy biada ci!
Lucyna zamilkła na chwilę, aż otworzyła usta i oświadczyła:
— Znalazłam tę książkę, gdy sprzątałam, przeczytałam wiadomość i przekazałam jej treść temu panu, który przyjechał w listopadzie, bo mnie kiedy zaczepił i zapytał. Nie wiedziałam, że to ma dla panienki takie znaczenie. Nie sądziłam, że zrobię tym komukolwiek przykrość.
— Teraz już wiesz — burknęła Emilka i jej wzrok nagle padł na pana Stasia, który słuchał rozmowy z zainteresowaniem. Wtedy do pokoju wszedł lokaj wraz z odźwiernym i Krzysiem. Ten ostatni złapał się za głowę i poczochrał jasne włosy, patrząc na wodę, która przepłynęła korytarz i ściekała po schodach.

W godzinę po tym wydarzeniu przyjechał inżynier i paru hydraulików, którzy w kwadrans odnaleźli miejsce usterki, wpierw zakręciwszy zawory, czego nie potrafiła dokonać ani służba, ani chłopi, ani panowie. Okazało się, że rdza przenikła przez kanalizację, niszcząc ścianki rur i różne mechanizmy, których działania nie rozumiała i nie potrzebowała rozumieć Emilka. Mimo że woda nie lała się już ze ściany jej pokoju i została odprowadzona na zewnątrz, matka zarządziła, że wszyscy przeniosą się do sąsiadów, na co pani  Troszewska chętnie przystała. Przy okazji przyznała się przez telefon Elżbiecie, że tuż przed świętami wróciła ich córka Justyna i z całą pewnością będzie miała przyjemne towarzystwo.
Justyna była rok od niej młodsza i od jej narodzin pozostawały prawie nierozłączne. Wspólnie spędzały czas od najwcześniejszego dzieciństwa, jeszcze tego zakrytego gęstą, białą mgłą nieświadomości; po prostu była od zawsze i, jak Emilka była święcie przekonana jeszcze trzy lata temu, na zawsze. Wspominała ich ostatnią chwilę przed wyjazdem: „Będziesz pisać!”, krzyczała do Justysi, tuląc się tak, jakby rozstawały się na wieczność, a nie do czasu ukończenia szkoły. „Będę! Ty też będziesz! Będziesz odpisywać!”, szlochała Justysia, która szlochała często, a w tym wypadku bardzo intensywnie. Obcałowały się, wyściskały i pomachały na pożegnanie, chwilę potem pociąg odjechał i Elżbieta wyprowadziła za rękę zapłakaną Emilkę z zatłoczonego peronu.
Okazało się, że bardzo się myliły. Justyna napisała raptem w dwa tygodnie po dotarciu na miejsce, tłumacząc, że tyle miała nowych rzeczy do zobaczenia w Londynie, że zwyczajnie nie starczyło jej czasu. Opisała pobieżnie internat, w którym mieszkała, wymieniła kilka ciekawostek z życia rówieśniczek, ale całe akapity poświęciła miejscom, które widziała: Teatr „The Globe”, zegar Big Ben, Tower of London, Pałac Buckingham oraz dziesiątki innych miejsc i ulic, które była w stanie wypisać Justyna. Emilka odpisała jej z równym refleksem i entuzjazmem, zaskoczona absolutnym brakiem tęsknoty i przywiązania, których oczekiwała.
Następny list dostała w dwa miesiące później, kolejny po pół roku i od tamtej pory zapadła między nimi cisza, która najwyraźniej nie przeszkadzała żadnej ze stron.

Tego dnia Emilka złapała jeszcze Lucynę, tuż przed wyjazdem.
— Gdy pojawi się tu pan Iwan, powiesz mu, że to ty z zemsty wygadałaś się przed tamtym mężczyzną — oświadczyła Emilka.
— Nic mu nie powiem.
— Powiesz! — fuknęła dziewczyna. — Nie kuś mnie, bym prosiła matkę lub Krzysia o interwencję!
— Nic mu nie powiem, bo gdy pojawi się tu pan Iwan, ja będę daleko stąd.
— Nie rozumiem.
Lucyna uśmiechnęła się.
— Od nowego roku już tu nie pracuję — uzgodnione z panią. Mój narzeczony mi się oświadczył i zabiera mnie do siebie. To już postanowione.
— Nie wiedziałam, że masz narzeczonego — powiedziała już spokojniej Emilka.
— Wiem, że panienka nie wiedziała — odparła Lucyna, a w jej głosie słychać było coraz głębszą satysfakcję. — Tak jak panienka nie wiedziała, że ona już nie ma.
— Słucham?
— Panienki przyjaciel…
Nim jednak zdążyła dokończyć zdanie, Emilka poczuła, jak krew napływa jej do twarzy, a łzy ściskają gardło.
— …oświadczył mi się w dzień wyjazdu. Zabrał rodzinę i wyjechali do Warszawy.
— Co to za bzdury!
— Będzie tutaj jutro. Przyjedzie po mnie i moje rzeczy. Niech sobie panienka wyjaśnia wszystko z nim, nie ze mną.

Nad ranem

Śpisz jeszcze... Na twych rzęsach — skra drobna poranku.
Strachy śnią się twej dłoni — bo i drga i pała.
Oddychaj tak — bez końca. Czaruj — bez ustanku.
Kocham oddech twej piersi, ruch śpiącego ciała.

Ileż lat już minęło od pierwszej pieszczoty?
Ile dni od ostatniej upływa niedoli?
Co nas wczoraj — smuciło? Co jutro — zaboli?
I czy zabraknie nam kiedyś do szczęścia ochoty?

Przyjdzie noc o źrenicach zaświatowo łanich
I spojrzy — i zabije... Polegniem — snem czynni...
Jak to? Więc musim umrzeć tak samo jak inni?
Jak ci — choćby z przeciwka?... Pomódlmy się za nich...

Bolesław Leśmian, Nad ranem